NARODZENIE DLA…

NARODZENIE DLA…

Gdy Jezus urodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, do Jerozolimy przybyli mędrcy ze Wschodu i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król Żydów?” (Mt 2,1-2).

  W wizycie mędrców ze Wschodu wspominamy wydarzenie historyczne. Na Dalekim Wschodzie, gdzie ludzie umieją rozróżniać różne konstelacje gwiazd, mędrcy dostrzegli zjawisko, które ich zaintrygowało i skłoniło, bez względu na trudności, do podjęcia dalekiej trudnej podróży. Ci uczeni, zapewne astrolodzy, byli przekonani w stu procentach, że mają do czynienia z epokowym wydarzeniem, dlatego postanowili poszukać nowo narodzonego króla. Wyruszyli jak kiedyś Abraham, wybierając za cel podróży, stolicę państwa żydowskiego Jerozolimę.

  Wszystko, co wiemy o mędrcach, zapisane jest w Ew. Mateusza. Niektórzy przypuszczają, że byli następcami chaldejskich mędrców, nad którymi Daniel był ustanowiony nadzorcą. 

  Stwierdzenie „Trzej Królowie” nie ma historycznej i biblijnej spójności. Mateusz nie wskazuje, ilu królów przybyło. W rzeczywistości Mateusz nazywa ich „mędrcami” nie królami. Mędrcy byli astrologami, filozofami, naukowcami, matematykami. Byli ekspertami prawnymi. Jednym z ich głównych obowiązków było wskazywanie, kto zostanie królem w Persji. Kreowali królów, ale nie byli królami. Nie ma wątpliwości, że było ich więcej niż trzech, ale tradycja „trzech” ustaliła się wokół ilości darów, jakie pozostawili. Trzy prezenty i trzech mędrców.

  Tekst mówi nam o jakichś mądrych ludziach – Mędrcach – Magach. Poszukiwanie zajęło im wiele czasu, przebyli długą drogę, ale byli zdeterminowani, to było coś więcej niż intelektualna ciekawość.

Nie wiemy, jak tę pewność uzyskali? Niewątpliwie jednak wiedza i mądrość pozwoliły im rozpoznać czas i niezwykłość sytuacji. Odkrycie umotywowało ich, by odszukać dziecko.

  Mogli zrobić notatkę o swym spostrzeżeniu w ich dziennikach, zarejestrować to dla potomności, ale chcieli zobaczyć tego króla, którego gwiazdę zaobserwowali. Stali się ludźmi misji. Misji pełnej nadziei. Spodziewali się, oczekiwali i poszukiwali. Byli tak pewni swej nadziei, że zabrali z sobą też prezenty dla tego poszukiwanego króla.

  Mędrcy byli gotowi przetestować swą wiarę w działaniu. Ryzyko, jakie podjęli, dało „pracę” ich wierze.

  Dlaczego jacyś ludzie z Dalekiego Wschodu przybyli do Jerozolimy poszukując dziecka? Kim był, dlaczego był tak ważny?

  Mędrcy ze zdziwieniem stwierdzili, że w Jerozolimie nikt nie zwrócił uwagi na gwiazdę, ani nikt nie był zorientowany co do narodzenia jakiegoś króla. Mędrcy wprawili Heroda w wielkie zaniepokojenie. Despotyczny i obawiający się o swoją władzę Herod podejrzewa spisek. Reakcja była drastyczna. Despota wydaje wyrok uśmiercenia chłopców do lat dwóch.

  Na podstawie ogłoszonego wyroku przez Heroda należy przypuszczać, że Jezus mógł mieć już rok lub nieco więcej. Mędrcy odnaleźli rodzinę w domu, a nie w grocie.

  Mędrcy odkryli dziecko, które było królem. Ktoś z kim się spotkali, był Bogiem. Byli świadkami największego wydarzenia w historii ludzkości. Było to spełnienie ich podróży. Oddali pokłon królowi i złożyli dary. Ile etapów poprzedziło ten fakt, zanim nastąpiła kulminacja?

  Im nie wystarczyła wiedza. Potrzebowali spotkać Mesjasza. Nic na skróty. Nie tylko notatka w kronikach, ale osobiste spotkanie. Ich serce doświadczyło tego dziwnego rozgrzania miłości do Boga. Chyba można tylko je porównać do miłości od pierwszego wejrzenia.

  Narodziny Jezusa wywołały różne stany emocjonalne takie jak: trwoga, bojaźń, chwała. Posłuszeństwo mędrców zagwarantowało tej rodzinie warunki do przetrwania na obczyźnie w Egipcie. Posłuszeństwo Józefa zagwarantowało bezpieczeństwo dziecku. Posłuszeństwo Marii w opuszczeniu kraju było gwarancją zachowania życia. Łańcuch ludzi posłusznych to bardzo ważna uwaga.

  Wizyta Mędrców ze Wschodu nie ma biblijnego uzasadnienia, by umieszczać ich w panteonie świętych oraz oferować specjalny dzień świąteczny.

  Nie możemy nigdy stracić powodu, dlaczego Jezus się narodził?

  Jest radością należeć do świata, w którym brzmi Dobra Nowina: „narodził się wam Zbawiciel”. Nie królowie, mędrcy, ale Zbawiciel.

Szczęśliwego Nowego Roku

Szczęśliwego Nowego Roku

 „Chwalcie imię Pana, bo wzniosłe jest Jego imię, Jego majestat ponad ziemią i niebem!” (Ps 148,13).

  Mamy zwyczaj składania życzeń na koniec roku: „Szczęśliwego Nowego Roku”.

  Wielu ludzi myśli o szczęściu jako ciągłej, nieprzerwanej pomyślności albo przyjemności. Nieobecność problemów, unikanie odpowiedzialności. Jakieś extra wynagrodzenie.

  Dlaczego Bóg pozwolił nam doczekać Nowego Roku? Nasze życie jest wypełnione zakończeniami i początkami. Tak się umówiono. Jest wiele różnych nie tylko kalendarzowych podsumowań roku: rok budżetowy, szkolny, kościelny i wypadają one w zupełnie innym czasie.

Zakończenia i początki układają się teleskopowo.

  Czasami zakończenia i początki oznaczają jasne granice, a czasem się zacierają, są niewyraźne.

Szczęśliwego Nowego Roku”.

  Jaki szczęśliwy rok? Wiele zdarzyło się i nie koniecznie najlepszych rzeczy. Spoglądamy wstecz i myślimy: kto to wszystko na nas sprowadził, co miało miejsce w mijającym roku? Przecież życzyliśmy sobie szczęśliwego Nowego Roku. Kto jest autorem? Diabeł, przypadek, los, a może….? Tak, suwerenny Bóg.

Liczyliście na wiele, lecz oto jest mało! Ja rozproszyłem wszystko, co przynieśliście do domu. A wiecie dlaczego? − wyrocznia Pana Zastępów…” (Agg 1,9).

  Pan Bóg wie jak zajmować się ludźmi. Bóg ma błogosławieństwa, ale rozumiane w Jego sposób. Ufam, że zaczynamy z Bogiem, kontynuujemy i kończymy każdy rok. Możemy mieć społeczność z Nim i jesteśmy błogosławieni przez Niego każdego dnia, aż do spotkania twarzą w twarz.

  Pewien tygodnik opublikował prowokujący list czytelnika:

„Szanowny Redaktorze,

wydaje się, że kaznodzieje poświęcają wiele czasu na przygotowanie kazań i sądzą, że są bardzo ważne i wartościowe. Biorę udział regularnie w nabożeństwach przez trzydzieści lat i prawdopodobnie usłyszałem 3,000 z nich. Ku mojej konsternacji, odkryłem, że nie pamiętam tak naprawdę nawet jednego. Zastanawiam się, czy czas kaznodziei nie mógłby być korzystniej wykorzystany na coś innego?

W redakcji trwała burza mózgów redaktorskich, by w końcu ukazała się następująca odpowiedź:

Szanowny Panie,

Jestem już trzydzieści lat po ślubie. W tym czasie zjadłem 32,850 posiłków – głównie gotowanych przez moją żonę. Nagle odkryłem, że nie pamiętam menu pojedynczego posiłku. A jednak … mam niezwykłe wrażenie, że bez nich umarłbym z głodu dawno temu”.

Błogosławionego Szczęśliwego Nowego Roku.

Boża matematyka

Boża matematyka

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zyskali mądre serce” (Ps 90,12).

  Jest naszym przywilejem żegnać Stary Rok i oczekiwać Nowego. Zawsze w takiej chwili przebiegamy myślami przez dni, tygodnie, miesiące, które minęły, by uświadomić sobie, jak wiele Bóg darował nam swego błogosławieństwa. Każdy oceni na swój sposób mijający rok. Każdy z nas ma punkty odniesienia istotne dla niego osobiście.

  Stajemy przed Bogiem, by dokonać pewnego bilansu minionych dni i poczynić plany na przyszłość. Kiedy rozpoczynaliśmy rok, stawialiśmy prognozy, pytania, jaki będzie? Możemy już podsumować i odpowiedzieć na to, co jeszcze 12 miesięcy temu było znakiem zapytania.

  Dziennikarze czasem w ostatnich dniach zapytują; np. „jaki był najważniejszy dzień tego roku dla ciebie”.

  Trudno jest wyróżniać jakiś dzień, ponieważ życie składa się z dni. Każdy z nich jest najważniejszy, każdy inny, ale ważny, istotny. Nie ma dni nieważnych, bo to tak jakbym chciał powiedzieć, w tym dniu nie będę żyć, bo nie jest ważny. Barwa i kolor roku są wyznaczone szarymi być może dniami, ale darowanymi od Boga. Mamy powód, by dziękować Bogu, bo wszystko, co mamy jest Bożą łaską, to nie jest przegrane życie, dopóki żyjemy, zawsze najlepsze jest przed nami.

  Jest coś intrygującego w pisaniu nowej daty; rok, miesiąc, dzień.

  Dobrze, że jest taki dzień po 365 dniach, w którym dokonujemy bilansu nagromadzonych faktów. Umowna zmiana roku, jaką przyjmujemy, jest też dla nas czasem rozrachunku z własnego życia przed Bogiem. Boże Słowo uczy nas, że Bóg ustanowił pory czasy i granice. Dlatego temu przemijaniu jesteśmy podporządkowani. Nie jesteśmy nie biblijni, akcentując zmianę, jak przełom roku.

  Czas, w którym przyszło nam żyć, jest jednym z bardzo trudnych. Po 12 miesiącach możemy z pełną odpowiedzialnością powiedzieć; życie nadal płynie, jest w ciągłym ruchu, zmienia się. Szereg rzeczy odejdzie w zapomnienie, pojawią się nowe.

  Patrząc w przeszłość, nie mamy na nią wpływu, możemy tylko ją zaakceptować. Rozliczamy się z zamierzeń i planów, ale już snujemy nowe plany, stawiamy sobie konkretne cele, marzymy. Dziecko może żyć beztrosko, ale nas już na to nie stać. Mamy więcej respektu dla przyszłości. Możemy tylko za psalmistą wznieść modlitwę:

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zyskali mądre serce”.

  Zacytowany werset jest bardzo zasadny dla nas, gdy stajemy przed przyszłością. Chcemy być przezorni i mądrzy. Zwykle po kilku dniach lub tygodniach Nowego Roku ze smutkiem stwierdzimy, że z naszych postanowień i obietnic tak bardzo trudno jest się wywiązać. Deklaracje, zachęty, jakie każdego roku stawiamy przed sobą, często spokojnie można następnego roku powtórzyć. Każdego roku ludzie postanawiają zrobić coś i wiedzą jak boli rozczarowanie.

  Życie rozłożone jest na raty, nie wszystko dzieje się w jednym roku. Wszystko rozłożone jest na dni, tygodnie, miesiące. Myślę, że tak łatwiej będzie sprostać różnym deklaracjom, założeniom, gdy uświadomimy sobie, że nie wszystko na raz. Ustalmy priorytety i realizujmy nasze życie. Gdy będziemy w punktach granicznych jak zmiana roku, nie będziemy musieli być sfrustrowani, że zawiedliśmy. Wszystkiego nigdy nie osiągniemy i zawsze coś zostanie, czego nie zdążyliśmy. Żyjemy w świecie rozczarowania i jeśli nie uporamy się z tym, to jesteśmy skazani, by być jutro bardziej sfrustrowani niż dzisiaj.

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zyskali mądre serce”.

  Ważne w tym jest, byśmy posiedli Bożą mądrość, roztropność i dystans do przyszłości. Nie oznacza to namawiania do beztroski i niefrasobliwości. Są sprawy trudne i oglądając się wstecz, sprawiają ból, nie jest łatwo, ale masz jeszcze cel – przyszłość.

  Nic nie pomogą życzenia noworoczne, nic nie pomogą wielkie plany na przyszłość, jeśli nie nauczymy się mądrego i racjonalnego korzystania z teraźniejszości.

W życiu chrześcijańskim ma obowiązywać – wysoka jakość, umiejętność liczenia dni i mądre serce dziś.

  Każdego dnia Nowego Roku będziemy mieć chwile, które będą się nazywać „DZISIAJ”. Nauczmy się je liczyć, szanować, cenić.

Każde „dzisiaj” naznaczone Bożą obecnością na końcu roku będzie ciągle świeżym „dzisiaj”, a nie nostalgicznym „wczoraj” lub beznadziejnym „jutro”.

  Naszą modlitwą będzie ciągle w nadchodzących dniach: „naucz nas Panie”.

  Jeszcze nie było takiego roku, jak sięgam pamięcią, o którym mógłbym powiedzieć; nic się nie zdarzyło; bezbarwny, szary, nijaki. Każdy dzień był nowym doświadczeniem, nowym odkryciem Bożej miłości, troski, błogosławieństwa. Był to rok trudny, dramatyczny, stresujący, ale mimo wszystko rok Bożej dobroci.

Rok uwieńczyłeś swoimi dobrami” (Ps 65,12).

  Wystarczająco wiele jest za nami, by wiedzieć, że bez Boga niewiele znaczymy i nic dobrze nie wykonamy. Przed nami nowe wizje i nowe plany, przed nami czas, który podarował Bóg. W Bożych planach nie ma pośpiechu, ale jest konsekwencja. Dlatego dla mnie nadal istotne będzie studiowanie Jego Słowa, rozpoznawanie Jego scenariusza dla mojego życia.

  Nie oczekuję, że będzie to rok sielski, anielski, ale wszystko, co przede mną poprzedzone będzie Bożą obecnością. Nie będę musiał pytać szklanej kuli, astrologa ani komputerowej wróżki, czy jutro warto jeszcze żyć.

  Nie pozwalajmy, by przyszłość definiowała tylko rozczarowująca przeszłość. Trzymaj się Bożej nadziei. Wierzę, że Bóg utrzymuje nadzieję przy życiu w nas. Miejmy nadzieję i odświeżajmy relację z Jezusem.

  Wierzę, że będzie to rok, w którym Bóg wyraźnie umieści swoje Słowo w centrum naszego życia, a obecność Ducha Św. uczyni ogniem zamkniętym w nas.

NARODZENIE W JEDNYM WIERSZU

NARODZENIE W JEDNYM WIERSZU

„A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy” (Jan 1.14).

Świąteczny czas jest jak pójście do ulubionej restauracji i konsumpcji przy szwedzkim stole. Wybieramy z każdej potrawy po trochę i mamy uczucie, że posmakowaliśmy kilkunastu potraw albo niestrawność z przejedzenia jedną potrawą.

W ewangeliach mamy dwie bardzo zróżnicowane relacje o narodzeniu Jezusa. Jedna relacja przekazana przez ewangelistę Mateusza i Łukasza jest tak plastyczna i barwna, że z łatwością umiemy wczuć się w dramatyzm sytuacji, czytając ewangeliczny przekaz. Bez trudu przywołujemy stajenkę, Marię, Józefa, dziecko, słoma, żłób, owce i pasterze, anielski chór, mędrcy i prezenty. Ewangeliści dali nam gotowy szwedzki stół.

Druga historia z Ewangelii Jana, abstrakcyjna i filozoficzna.

Który z opisów jest ważniejszy, który bardziej do mnie przemawia? Trudno przywołać tak plastyczne obrazy, jak w pozostałych ewangeliach. Relacje o narodzeniu Jezusa brzmią wręcz niewiarygodnie. Kochamy świąteczne historie, ale w ewangelii Jana nie słyszymy o tym. Czujemy się jak w stołówce bez wyboru, jedno danie wyglądające na niestrawne.

Kiedy nadchodzi czas adwentu i Pamiątki Narodzenia Jezusa Chrystusa przełączamy się w tryb twórczego oczekiwania. Sięgamy do lektury tego zdarzenia.

Pamiątka narodzenia nie jest banałem, sentymentalną legendą, ale przekazem o faktach. Niektórych drażni świętowanie pamiątki narodzenia. Przypuszczam, że z powodu otoczki, ale jeśli tak to musielibyśmy zaniechać świąt Wielkanocnych, Pięćdziesiątnicy, zostałyby nam tylko okładki Nowego Testamentu.

Pamiątka Narodzenia przez obecne opakowanie staje się coraz bardziej niezrozumiała.

Słyszałem o kobiecie, która robiła zakupy w zatłoczonym centrum handlowym. Była już zmęczona walczeniem tłumów, kolejkami, pośpiechem. Niosła, idąc do windy sporo paczek, toreb, kiedy weszła do zatłoczonej windy, wyrzuciła z siebie: „Ktokolwiek jest odpowiedzialny za ten cały świąteczny bałagan, powinien zostać zatrzymany, powieszony lub zastrzelony!” Kilku skinęło głowami, chrząknęło. Wtedy, ktoś powiedział: „Nie martw się, oni już ukrzyżowali Go”.

W ogólnej charakterystyce ten czas święta ma jednak szczególny wymiar. Ludzie życzliwsi i dookoła jakby cieplej. Jednak czar błogości i pokoju pryska po kilkudziesięciu godzinach. Pamiątka narodzenia jest tylko czasem zawieszenia broni na okres świąteczny, później wszystko wraca do normy. Wydaje się, że tak niewiele znaczy to święto w praktyce.

Dla niektórych to jest piękne świąteczne doświadczenie, jak aspiryna, jej działanie będzie trwało zaledwie kilka godzin, a później ból powróci.

Pewien pastor opowiada o smutnej refleksji: szedł na poranne nabożeństwo pierwszego dnia świątecznego. Przykrawężniku leżała już choinka razem z innymi śmieciami. Symbol współczesnej kultury Pamiątki Narodzenia. Kartki świąteczne wysłane, kolacja wigilijna spożyta, prezenty rozdane, kolędy odśpiewane, czas sprzątnąć bałagan i ruszyć ku spotkaniu Nowego Roku.

Pamiątka Narodzenia stała się zbyt przewidywalna, zbyt znajoma. Słyszeliśmy tę historię już tyle razy, że ona już nie zdumiewa.

Ewangelista Jan powiada; „… żywot wieczny dał nam Bóg w Synu Jego”.

Co widzimy, kiedy spoglądamy na dziecko – Chrystusa? Czy widzisz tylko żydowskie dziecko? Te pytania będą się odbijać echem w kościołach.

Co widzimy, kiedy Jezus dorósł i stał się człowiekiem? Człowieka Nowego Testamentu, który uczy, napomina?

Spostrzegasz obecność Chrystusa z nami i w nas? Czy wiemy i widzimy, że Jezus jest odpowiedzią na zawiłości naszego życia?

Co widzimy? Nie są to zarzuty. Upominam się tylko o godność Zbawiciela. Bóg zaoferował Swego Syna, bo nic cenniejszego zaoferować nie mógł, dał nam siebie.

„A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy”.

Cóż wielkiego, że Bóg wybrał dwoje zwykłych ludzi z niewielkiej miejscowości? Wybrał zwykłych ludzi, chociaż mieli wątpliwości. Maria była przerażona, Józef nie rozumiał, ale kiedy Bóg do nich mówił, pakowali bagaże i wyruszali. Bóg użył ich, ponieważ kiedy powierzył im tę odpowiedzialną misję rodzicielską, powiedzieli „tak”!

Mimo wszystko te święta mają swój specyficzny klimat? Jest tylko jedna odpowiedź, bo dotyczą najważniejszej sprawy w dziejach tego świata: „A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy”.

Ten, którego ta pamiątka dotyczy i czas, w jakim się pojawia, jest na tyle ważny, że zwolennicy i przeciwnicy mierzą czas od jego narodzin?

Kochamy proroctwa i prorocze słowo, bo w nich jest Bóg, a nie zabawa kalendarzem, przepowiedniami Nostradamusa lub 

kodem biblijnym. Mijały lata i myślano może to tylko religijne pobożne życzenie, aż eksplodowało swą realnością. Kiedy Mateusz przedstawia rodowód Jezusa, mówi – patrzcie na to:

„Tak więc wszystkich pokoleń od Abrahama do Dawida jest czternaście; od Dawida do uprowadzenia do Babilonu -pokoleń czternaście; od uprowadzenia do Babilonu do Chrystusa – pokoleń czternaście” (Mt 1,17).

Mateusz chce powiedzieć, że przodkowie Jezusa nie byli przypadkowi. Bóg zaplanował wszystko w najdrobniejszych szczegółach i to ekscytowało.

„To tylko tak zdarzyło się…”, że wyszedł dekret od cesarza Augusta, by przeprowadzić spis ludności. Wiesz, co Bóg zrobił?

On szeptał do ucha cesarza, „Hej, wiesz, co powinieneś zrobić? Powinieneś wydać dekret, że każdy musi być spisany w rodzinnym mieście”.

„To tylko tak zdarzyło się”, że jego miastem rodzinnym było Betlejem.

To nie jest tylko mieścina, ale też historia planu Boga. Jeśli miałbym postawić na Betlejem, nie zaryzykowałbym. Jaka była szansa na spełnienie tego proroctwa?

„To tylko tak zdarzyło się”. Czy wierzysz, że rzeczy tylko się zdarzają?

Jeśli historie zawarte w Starym i Nowym Testamencie byłyby autorstwa jednego człowieka, moglibyśmy powiedzieć; dobrze to była literacka sztuczka, ale kiedy takie same opisy zdarzają się w kilku księgach napisanych przez wielu autorów, muszę uznać, że głównym autorem jest Duch Św.

Na długo, zanim narodził się Jezus, Bóg położył pieczęć aprobaty na Nim, byśmy mogli wiedzieć, że cały Stary Testament czekał z niecierpliwością na narodziny tego Jednego w Betlejem.

W zwiastowaniu o narodzeniu ani pieluszki nie są najważniejsze, ani żłóbek, ani stajnia i zwierzęta, nawet dzieciątko jako dzieciątko, w co się ubierał i co jadł, ale ważny jest Chrystus, czego uczył, co dał ludzkości, co robił, kim był.

Urokiem wspominania narodzenia Jezusa jest sięganie do tradycji biblijnej.

Jezus przyszedł uwolnić nas od religijnej sentymentalności i czegoś, co można by nazwać „religijnością wigilii”.

Moment nadejścia właściwego czasu jest jak nagle zalegająca cisza przed podniesieniem kurtyny w teatrze.

Narodzenie Jezusa Chrystusa mówi nam, że Bóg dokonał niezwykłego wyboru. Wybrał, by razem z ludźmi być w ich życiu, które niosło codzienne problemy. Był z nimi, gdy byli głodni, chorzy, bezradni, zagubieni, zrozpaczeni. Był z nimi i jest z nami, bo nas wybrał. Jesteśmy obiektem jego miłości, co jest najdziwniejszą miłością świata. Ten wybór to uczniowie, którzy porzucają sieci i idą za Nim.

Przyszedł, by odnaleźć zagubionych, z roztrwonionym majątkiem swego życia i usynowić ich, to jest cel narodzenia.

Wybrał, aby byli święci. Jest to kręgosłup, na którym zbudowane jest nasze chrześcijańskie życie.

Ekscytuje mnie wiadomość, że On przyszedł jako jeden z nas, w pełni ludzki, jak my.

Błogosławieni, którzy umieją się cieszyć Narodzeniem Jezusa.

Jeśli Pamiątka Narodzenia nie jest tylko świąteczną magią, nastrojem, jeśli to nie jest legenda, co wtedy?

Jeśli to nie jest głos Boga do grzesznika, do pokuty, szukania zbawienia, do zmiany życia, to znaczy, że nie narodziło się dziecko w Betlejem, żaden Zbawiciel, żaden Syn Boży dla Ciebie i dla mnie. Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

C.S.Lewis powiedział: „Syn Boży stał się człowiekiem, by umożliwić ludziom stanie się dziećmi Boga”.

Bóg tak kocha nas, że Jego Syn Jezus był chętny, by rezygnując z chwały nieba, stać się jak jeden z nas.

Narodził się ZBAWICIEL i ZMARTWYCHWSTAŁ ZBAWICIEL.

Betlejem jest punktem spotkania Nieba i Ziemi, wieczności i teraźniejszości, bóstwa i ludzkości.

Przyszedł, byśmy mogli doświadczyć smaku przyszłego życia w wieczności.

„Wszechświat go nie ogarnie, a zmieścił się w żłobie.

Dziękuje ci Jezu za to, że nie mieścisz się w naszej głowie, która jest za logiczna,

Za to, że nie sposób Cię ogarnąć sercem, które jest za nerwowe.

Dziękuje, że w tajemnicy Betlejem milczysz.

Tylko my – oczytani analfabeci chlapiemy językiem” (J. Twardowski).

Chrystus jest nadal powodem pamiątki narodzenia.

NIE PRZYJĘLI GO

NIE PRZYJĘLI GO

Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli (Jan 1,11).

  Mile jest wspominać narodziny Jezusa i sięgać do jakiejś tradycji. Zadałem sobie pytanie, czy nasza tradycja nie jest zbyt odchudzona, jakaś przaśna, taka trochę surowa i uboga?

  Tradycja kultywowana w naszym otoczeniu ma ogromną ilość zwyczajów, symboliki, zachowań. Tradycyjna wieczerza wigilijna z ustaloną ilością potraw, choinka, opłatek, pasterka, szopka a w niej „święta rodzina”, maleństwo w żłobku otoczone zwierzątkami w szopce, pastuszkami, przybyłymi mędrcami.

  Tyle wspomnień, tradycji, historii – a my?

  Pewną obyczajowość kulturową z różnych powodów próbujemy zaadoptować, ale na ogół wielu zwyczajów nie praktykujemy, jest znacznie skromniej. Czy zatem nasze świętowanie pozbawione jest uroku?

  Urokiem wspominania narodzenia Jezusa jest sięganie przez nas do tradycji biblijnej. Akcent naszego świętowania położony jest na fakt narodzin i związane z tym wszystkie konsekwencje, a nie na zwyczaje i daty.

Jezus wybrał drogę człowieka, by przynieść Zbawienie i to jest ekscytująca tradycja.

  Każdego roku, gdy wkraczam w ten czas świąteczny, który jest blisko też zmiany roku, zadaję sobie pytanie: „gdzie jestem teraz w moim chrześcijańskim życiu”?

  Bóg wkroczył w sprawy ludzi. Jaki ma być mój stosunek emocjonalny i praktyczny do tego o czym możemy przeczytać w Ewangeliach? Chodzi o historię, czy o coś ważniejszego? O biografię Jezusa, czy o moją relację z Nim?

  Jan w swoim liście powiada:

A żywot objawiony został, i widzieliśmy, i świadczymy, i zwiastujemy wam ów żywot wieczny, który był u Ojca, a nam objawiony został” (1 Jan 1,2).

  Już tylko te wersety kierują moją uwagę na to co jest i winno być centrum tego świątecznego nastroju, w który wkroczyliśmy.

  Czas narodzin Jezusa jest chwilą entuzjastycznego, radosnego zwiastowania o zbawieniu, dlatego nie na obyczajach koncentrujemy naszą uwagę, bo one już dawno zabiły sens świąt.

  Przed wielu laty w jednaj z gazet dziennikarz napisał: „nie każcie nam tylko świętować Bożego Narodzenia zaraz po dniu zmarłych”. Niestety wyprorokował. Zacytowane słowa Jana wpisują się niejako w ten żal utraty sensu narodzenia Jezusa. Jan ze smutkiem przypomina:

Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli”.

  Bóg uczynił wszystko dla nas i dla naszego zbawienia. A my żyjemy, jakby Boga nigdy na świecie nie było, jakby nie było Ewangelii, narodzin nie tylko dzieciątka, ale Zbawiciela.

Chrystus jest nam dany jak chleb powszedni?

  Jak mało jesteśmy odporni na ataki współczesnego świata, jego reklamę, ofertę, dajemy się ponieść super ofertom. Nie chodzi o to, że sprawimy sobie jakieś prezenty, że jesteśmy bardziej dla siebie życzliwi i odwiedzimy się wzajemnie. Dobrze, że aż tyle potrafimy zrobić w tym, co by nie mówić szalonym pędzie życiowym.

  Może w tym środowisku niepotrzebnie zadaję tak naiwne pytanie: „Czy nasz chleb powszedni czasem nie usiłujemy zastąpić ciastkami”? Jest wiele działań pozornych, pseudochrześcijańskich, nadętej mowy, a mało praktyki. Oczywiście łatwo powiedzieć, postawić zarzut, gorzej z realizacją.

Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli”.

  Dlatego ten werset przywołuje mnie do refleksji, zastanowienia. Jesteśmy błogosławieni, gdy umiemy się cieszyć Narodzeniem Jezusa.

A takie jest to świadectwo. że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego” (1 Jan 5,11).

  Naprawdę mamy bogatą tradycję i historię chrześcijaństwa. Co ta tradycja mówi nam dziś?

  BÓG Z NAMI – IMMANUEL przypomina Mateusz słowa proroka Izajasza. Wspominamy tylko przez moment dziecię Jezus, ale nie możemy w tym miejscu się zatrzymać. Biblia mówi o wcieleniu Jezusa Syna Bożego. Tak, był dzieckiem, ale też rozwijał się, wzrastał, mężniał aż zaczął swą publiczną działalność. W zwiastowaniu świątecznym przewija się wiele postaci, na które zwracamy uwagę, ale główną jest Jezus Chrystus. Narodził się w określonym celu – przyniósł ZBAWIENIE I ŻYCIE WIECZNE.

  Maria i Józef byli wspaniałą żydowską parą małżeńską, żyli nadal przed Bogiem i wypełniali swoje obowiązki rodziców:

  – przynieśli Jezusa do świątyni, aby prosić o błogosławieństwo,

  – chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy,

  – byli zatroskani wychowaniem Jezusa jak każdy rodzic,

  – zachowywali i zastanawiali się nad słowami, jakie słyszeli o swoim Synu,

  – przeżywali ból, gdy już jako dorosły był odrzucany i wzgardzony w czasie swej publicznej działalności,

  – Maria doświadczyła dramatu, gdy widziała umierającego Syna na Krzyżu.

  Józef miał momenty zawahań i może byłby zachował się jak ci, o których ten werset cytowany mówi, że nie przyjęli, ale Bóg wkroczył przemawiając do Józefa przez sen. Nie do każdego snu musimy sięgać po wykładnię w senniku egipskim, ale są sny, przez które Bóg o czymś ważnym chce nam powiedzieć. Józef nie tylko wsłuchiwał się, ale był posłuszny temu co mówił Bóg. Maria nie buntowała się, gdy przychodziły kolejne sny, nie mówiła: „a ty to zawsze coś śnisz”. Oboje przyjęli syna i wiedzieli, że to znaczy być posłusznym Bogu, nawet gdy sytuacja stwarza kłopoty.

Posłuszeństwo Bogu to zawsze problem, bo niesie zmiany.

  Bardzo ważnym elementem chrześcijańskiego życia jest rozpoznawanie Bożego głosu, przychodzącego w różnoraki sposób. Czas, w którym narodził się Jezus był czasem marzeń o tym, aby zjawił się potomek Dawida i poprowadził ich do chwały, do jakiej, jak wierzyli izraelici byli przeznaczeni. Mesjasz miał być ucieleśnieniem ich marzeń. Jezus jednak urodził się w nieoczekiwanych okolicznościach i zburzył wyidealizowane marzenia – nie przyjęli go.

Ci, co Go nie przyjęli zapadają na duchową anemię.

  Anemiczny współczesny Polak – to nie żart, ale smutna prawda. Przy obfitych może stołach, ale anemiczni duchowo. Leczenie prowadzi przez Betlejem, górę błogosławieństw, Górę Oliwną na Golgotę, aby w rezultacie znaleźć się blisko Chrystusa.

  Prorok Izajasz mówi:

Pójdźmy w pielgrzymce na górę Pana, do świątyni Boga Jakuba, i będzie nas uczył dróg swoich, abyśmy mogli chodzić jego ścieżkami, gdyż z Syjonu wyjdzie zakon, a słowo Pana z Jeruzalemu” (Iz 2,3).

  On przychodzi do swoich, gdyż w duchowej anemii: „poszliśmy w świat za daleko”. Przyjąć Boga na nowo do serca – to znaczy się zmienić.

W grzechu płynie się jak patyk na wodzie do ujścia w wieczność bez Boga.

  Grzech bardzo „trafnie” usprawiedliwia się pięknymi sloganami: „wiesz jestem jak trzcina chwiejąca się”. Myślę, że lepiej bądź „trzciną myślącą” o swojej przyszłości, bo Jezus przyniósł życie wieczne. Warto pomyśleć o tym dziś, gdy rozmyślamy nad narodzeniem Jezusa.

  Bóg lubi zaskakiwać wspaniałymi, choć czasem niezrozumianymi do końca rozwiązaniami. Tak było i wtedy: „On przyszedł”, a oni nie przyjęli.

  Czy to słowo Jana znaczy naprawdę, że żywot wieczny dał Bóg?

  Chcę powiedzieć, że nie świętujemy z powodu marzeń, ale z powodu wiarogodnego świadectwa. Bóg dał żywot a to oznacza, że był ktoś kto chciał zniszczyć życie, dając śmierć, strach i rozpacz. On mówi, życie wieczne – to marzenia, a jeśli już myślisz o tym serio, to musisz dużo napracować się, aż do śmierci i nadal nic pewnego.

Oto ojciec kłamstwa. Niektórzy uwierzyli i nie przyjęli Jezusa.

  Dziś jesteśmy, by świętować żywot wieczny, realną oczekującą nas rzeczywistość.

 Mówiąc, jestem wierzącym, to tym ogłaszam, że wierzę w narodzenie Jezusa w Betlejem, Jego życie na ziemi, jego męczeńską śmierć na     Golgocie, Jego chwalebne zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. Wierzę, że mam w Nim życie wieczne.

 Jezus powiedział: „Ja jestem ŻYCIEM”. Dlatego dla wierzących i ta pamiątka ma znaczenie. Nie jest to tylko tradycja i wypełnianie roku kościelnego, ale jest to świadectwo o podstawach mojej wiary. Mój świąteczny nastrój wynika z faktu, że narodził się dla mnie Zbawiciel, mój Zbawiciel, mój Pan i Król. Bóg dał mnie żywot wieczny w Jezusie.

  Co byśmy nie powiedzieli w sprawie narodzenia Jezusa pozostaje niezbitym faktem – On się narodził.

Zaistniał wśród ludzi tak jak każdy z nas, mógł odwołać się do daty swego narodzenia na ziemi. Był rzeczywisty i realny, to mocno podkreśla Biblia.

Narodzenie to nie tylko rzewne wspomnienie, ale nowe życie.

  Pamiątka narodzenia nie jest banałem, sentymentalną legendą, ale życiem z konsekwencjami sięgającymi wieczności. Jesteśmy zachęcani świątecznym nastrojem do chwały i uwielbiania Boga.

Człowiek zdaje się stawać taką zawieszoną sezonowo bombką na choince, na parę dni, a potem szaro, smutno.

  Lubimy Jezusa na odległość, w kościele, ale w tygodniu, w naszych zajęciach jesteśmy samowystarczalni. On jest potrzebny nam w niedzielę jak bombka na choince. Może wprowadza dobry nastrój podczas obiadu?

  Nawet wrogom Jezus mówił „przyjacielu”. Apogeum odrzucenia znalazło swój wyraz na Golgocie, ale jest już normalnie. Nawet uczniowie próbowali wrócić do swoich zajęć, bo w pewnym momencie uznali, że wszystko się skończyło, a teraz jest prozaiczne życie, ale bez Jezusa wcale ono nie jest prozaiczne, ale twarde.

  Czy jesteśmy Gotowi Go przyjąć z wszystkimi konsekwencjami, nawet gdy powiedzą jesteście fanatykami?

Czy dziś świętujemy to samo?