Co z tą wiarą?

Co z tą wiarą?

„A wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy” (Hbr 11,1).

Tak brzmi nowotestamentowa definicja wiary.

Żyjemy w świecie, w którym musimy komuś wierzyć, zaufać. Wiara chrześcijan jest wiarą ludzi, którzy chodzą do kościoła, uwielbiają Boga i proszą Go, by im błogosławił. Żadne inne pokolenie nie koncentrowało się tak na wierze, jak nasze.

Wiara nie jest zgodą umysłu na abstrakcyjne prawdy. Jednak to, co niektórzy uważają za wiarę, w ogóle nią nie jest. Dlatego moje pytanie: „co z tą wiarą?”

Wiara rodzi się ze społeczności z Chrystusem.

Wiara jest pierwszą częścią zaufania. Jest przekonaniem, że pewne rzeczy są prawdziwe. Są jednak sytuacje, które powodują, że obgryzamy paznokcie i jesteśmy sfrustrowani. Wierzyć nie wierzyć?

Bez wiary nie moglibyśmy żyć, bo cóż byłoby to za życie, gdyby nie można było nikomu zaufać, wierzyć.

Wiara nie polega na uznawaniu pewnej nauki, lecz na osobistym stosunku do Jezusa Chrystusa. Tego nie da się wymyślić.

6 „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu; kto bowiem przystępuje do Boga, musi uwierzyć, że On istnieje i że nagradza tych, którzy go szukają”.

Wielu ludzi sądzi, że jeśli wiem o narodzeniu Jezusa, o cudach i znakach z trzyletniej działalności, o śmierci i zmartwychwstaniu, wniebowstąpieniu i zesłaniu Ducha Św., to znaczy, że jestem człowiekiem wierzącym.

Nie można uważać się za wierzącego, tylko dlatego, że wiem, co jest napisane w Biblii. Jakub pisze: „demony również wierzą i drżą…” (2.19). Jest to mylenie wiary z wiedzą.

Wiara nie ma nic wspólnego z tradycją i z tym, co myślimy o czynach Jezusa. Poruszamy się między wiarą i niewiarą, wątpliwością i zapewnieniem, nadzieją i rozpaczą, niezdecydowaniem i pragnieniem serca. Kiedy przychodzimy do Jezusa, najpierw musimy wierzyć, a nie rozumieć, rozumienie przyjdzie, gdy uwierzymy.

Jeśli idziemy do lekarza, musimy wierzyć, że on może pomóc. Jeśli nie, nigdy nie pójdziemy pierwsi. Zanim wykonamy krok do windy, wierzymy, że ona utrzyma nas i nie runie w dół. Jeśli nie, idziemy schodami i też musimy wierzyć, że są stabilne.

Wiara w Boga nie jest tylko uznawaniem, że Bóg istnieje.

Wiara wie, dlaczego wierzy w Boga, nie tylko na podstawie lektury Biblii, ale też z doświadczenia.

Wiara rozwija się, kiedy jest testowana.

Nie rozwijamy naszej wiary tylko przez błogosławione podgrzewanie jej w kościele. Każdego dnia mamy okazję budowania wiary. Każdy dzień jest Bożą okazją. Bóg chce nam pomóc wzrosnąć. Przez wiarę, niewidzialne – staje się widzialne, nieuchwytne i nieosiągalne, rzeczywiste, dalekie staje się bliskim, wieczne cenniejsze nad wszystko.

Wiary nie odbiera się wraz z wychowaniem ani przejmuje w spadku, ona jest osobistą. My nie mamy udowadniać naszej wiary w Boga, ale mamy ją wyznawać, świadczyć o Nim.

Jaka jest wiara?

Wiara porusza się między wiarą i niewiarą, wątpliwością i zapewnieniem, nadzieją i rozpaczą i niezdecydowaniem i oczekiwaniem. Wierzymy, modlimy się i mamy nadzieję, pokładamy ufność i czekamy na odpowiedź. Czekamy na pewność jak na błyskawicę z nieba, ale często pewność nie przychodzi. Rozumiemy, że Bóg jest suwerenny. Odpowiedzi nie możemy zamówić jak pizzę.

Wiara dokonuje zmiany.

„I cóż powiem jeszcze? Zabrakłoby mi przecież czasu, gdybym miał opowiadać o Gedeonie, Baraku, Samsonie, Jeftem, Dawidzie i Samuelu, i o prorokach, którzy przez wiarę podbili królestwa, zaprowadzili sprawiedliwość, otrzymali obietnice, zamknęli paszcze lwom, zgasili moc ognia, uniknęli ostrza miecza, podźwignęli się z niemocy, stali się mężni na wojnie, zmusili do ucieczki obce wojska. Kobiety otrzymały z powrotem swoich zmarłych przez wskrzeszenie” (Hbr 11,32-35).

Oto relacja, jakich zmian dokonuje wiara.

Wiara sprawiała, że obietnice stawały się realne. Oni ufali Bogu, a nie własnemu zrozumieniu.

Każda biografia w Hebr. 11 zaczyna się z tymi samymi dwoma słowami „przez wiarę”. By wiara była w działaniu musimy więcej czytać, ale nie gazety, lecz Biblię.

Jeśli czytasz gazety, wiesz, co się dzieje na świecie. Jeśli czytasz Biblię, rozumiesz dlaczego.

Żyć z wiary znaczy, że jeśli jesteś Noem, budujesz arkę i spodziewasz się, że ona popłynie. Amator zbudował arkę i przetrwała, fachowcy zbudowali Titanica i zatonął.

Jeśli jesteś Abrahamem, wyruszasz do ziemi obiecanej i spodziewasz się, że znajdziesz ją, zanim umrzesz. Zapewne Sara pytała; dokąd idziemy? Odpowiedź brzmiała gdzieś.

Jeśli jesteś Dawidem, zstępujesz do doliny, by stawać czoło Goliatowi i modlisz się, wierząc, że trafisz pierwszym kamieniem, ponieważ nie dostaniesz drugiej szansy.

Wiara zawsze jest zmieszana z wątpliwością.

Obracamy nasz medal wiary na drugą stronę, a tam widnieje napis:

Wiara nie dokonuje zmian.

Dalsza część rozdziału 11 powiada: „drudzy”.

„Drudzy zaś doznali szyderstw i biczowania, a nadto więzów i więzienia; byli kamienowani, paleni, przerzynani piłą, zabijani mieczem, błąkali się w owczych i kozich skórach, wyzuci ze wszystkiego, uciskani, poniewierani ci, których świat nie był godny, tułali się po pustyniach i górach, po jaskiniach i rozpadlinach ziemi. A wszyscy ci, choć dla swej wiary zdobyli chlubne świadectwo, nie otrzymali tego, co głosiła obietnica” (Hbr 11,36-39).

Oni też byli ludźmi wiary, to też była wiara!!!

Kim są ci doświadczeni? Co zrobili, by zasłużyć na to? Autor po prostu nazywa ich „drudzy”. Mężczyźni i kobiety, ludzie wiary. Oni nie są „gorsi święci”, ponieważ nie doczekali się cudu. Ci „inni” mieli też wielką wiarę. Nie było niczego niewłaściwego z ich wiarą. Nic! A jednak wiara nie dokonała zmian.

Końcowy rezultat na ziemi nie jest miarą zwycięstwa w wieczności.

Martwi nas to, że nie widać skutków naszej wiary? Gorliwie zanosiliśmy w modlitwie prośbę, wierząc w jej wysłuchanie całym sercem – i nic z tego nie wyszło? Gorzej nawet, sprawy potoczyły się odwrotnie? Umiłowana osoba nie została uzdrowiona. Pragnienie twego serca nie ziściło się – przynajmniej na miarę twoich oczekiwań. Cud, na który się nastawiłeś, jeszcze nie nastąpił. Czas biegnie, a problemy wcale nie ustępują.

Czytasz: „Wszystko jest możliwe wierzącemu”.

Popadasz w rozterkę, bo odpowiedź się opóźnia, albo nie ma na nią wcale widoków. Sprawdza się u innych – dlaczego nie u mnie? Boże kiedy? Boże jak długo? Boże, dlaczego nie odpowiedziałeś jeszcze na moje modlitwy? Jeśli Bóg nie wysłuchał niektórych naszych modlitw, możemy być pewni, że ma jakiś istotny powód, by tak postąpić.

Herod ściął Jakuba (DA.12), później uwięził Piotra:

„Strzeżono tedy Piotra w więzieniu; zbór zaś modlił się nieustannie za niego do Boga”.

Czy sądzicie, że nie modlono się o Jakuba, tak jak modlono się o uwolnienie Piotra? Ich modlitwy pasowały do definicji wiary. Ich sposób modlitwy był czynem wiary. Oni zaufali Bogu. Nawet gdy nie będziesz uzdrowiony, nie krzycz, że Bóg zawiódł, bo nie ciało dziedziczy Królestwo Boże, ale duch.

„A powiadam, bracia, że ciało i krew nie mogą odziedziczyć Królestwa Bożego ani to, co skażone, nie odziedziczy tego, co nieskażone” (1 Kor 15,50).

Dopóki życie przebiega po naszej myśli, jesteśmy bardzo wierzący i gorliwi, ale przy pierwszej próbie – jak jest? „A ja myślałem”.

Wiara nie jest umiejętnością.

To nie jest magiczny napój, który usuwa każdy problem. To jest mapa zaprojektowana, by skierować nas na ścieżkę prawości. Nie obiecuje naprawić każdą przebitą oponę, nie poprowadzi nas inną drogą, by ominąć każdy korek uliczny. Poprowadzi jednak nas dokładnie tam, gdzie Bóg chce, byśmy poszli. I nie tam, gdzie my chcemy.

Co z tą wiarą?

Wiara jest naszym mikroskopem. Możemy mieć nadzieję albo zaufanie w rzeczach jeszcze niewidocznych. Wiara zmienia lub nie, ale sprawia, że stajemy się bohaterami wiary.

Wielu chrześcijan zadaje sobie dziś to pytanie: „W jaki sposób mogę zdobyć wiarę?” Biegają na seminaria, które mają nauczyć jak pomnożyć wiarę albo kupują stosy książek oferujących dziesięć szybkich kroków do zdobycia wiary, a nie znają Biblii.

Dla niektórych wiara jest czymś w rodzaju spadochronu. Chwytają się jej tylko w niebezpieczeństwie.

Możesz żyć 90 lat albo możesz umrzeć jutro. Twoja ścieżka może być łatwa albo to może być bezustanna walka. Jeśli decydujesz się żyć z wiary, możesz skończyć, doświadczając ogromnych cudów albo możesz dołączyć do tych „drugich”. Jeśli decydujesz się pójść za Jezusem Chrystusem, będziesz pobłogosławiony i odkryjesz, że życie wiary jest pełne przygody i będziesz cieszył się, że ośmieliłeś się stanowić różnicę w świecie.

Biblijni bohaterowie potrafili powiedzieć: „ale jeśli nie…”.

„A jeżeli nie, niech ci będzie wiadome, o królu, że twojego boga nie czcimy i złotemu posągowi, który wzniosłeś, pokłonu nie oddamy” (Dan 3,18).

Właśnie to znaczy żyć z wiary.

Chrześcijańska wiara nie jest optymizmem, ale przekonaniem.

Ludzie nie muszą uwierzyć w to, co mówisz, ale oni zawsze uwierzą w to, co robisz.

Co z Twoją wiarą?

A co w Górnej izbie?

A co w Górnej izbie?

„A gdy nadszedł dzień Zielonych Świąt, byli wszyscy razem na jednym miejscu.

I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym…” (Dz.2,1.4).

Wybrali górną izbę i w modlitwie czekali przez 10 dni na spełnienie obietnicy. Chrystus obiecał, a oni czekali. Wiedzieli, że coś się stanie i rozpoznają to. Nikt im nie mówił co będzie znakiem rozpoznawczym, ale wiedzieli. Poświęcili czas, by słuchać Boga i doczekali Pięćdziesiątnicy. Taka była atmosfera górnej izby.

Ich modlitwy nie stworzyły pięćdziesiątnicy.

Wylanie Ducha Św. ma w sobie nagłość i gwałtowność i jest powtarzalnym wydarzeniem w Biblii. Nie było podobnego w charakterze wydarzenia, ale to nie oznacza, że było tylko dla tej oczekującej grupy.

Jest przeżycie poza zbawieniem, które Biblia nazywa „przyjęciem” lub „wzięciem” Ducha Św.

Fenomen religijny zwany pentekostalizmem zwrócił uwagę teologów na fakt, że dotychczasowy podział chrześcijaństwa na katolicyzm i protestantyzm jest niewystarczający. Uznano zatem, że ruch zielonoświątkowy jest trzecim nurtem chrześcijaństwa. Ruch zielonoświątkowy można zaliczyć do radykalnego skrzydła reformacji.

W Jerozolimie zrobiło się gorąco, emocje ścierały się z rozsądkiem. Ap. Piotr podjął próbę uspokojenia zgromadzonego tłumu, odwołując się do proroctwa Joela przypominającego, że w ostateczne dni tak miało się stać. (Dz.2,17-21).

„I stanie się w ostateczne dni, mówi Pan, Że wyleję Ducha mego na wszelkie ciało I prorokować będą synowie wasi i córki wasze, I młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, A starcy wasi śnić będą sny;

Nawet i na sługi moje i służebnice moje Wyleję w owych dniach Ducha mego I prorokować będą” (Dz.2,17-18).

Zapowiedź, że są to dni ostateczne, mogła wywołać panikę. Jedni prosili o informacje co robić, by znaleźć się w wieczności, a inni mogli powiedzieć, idę użyć jeszcze świata skoro to już koniec.

Bóg sprawił zamieszanie.

Ono jednak nie było przeciw człowiekowi, a dla zbawienia i uświęcenia, udzielenia mocy ludziom wierzącym do przetrwania dni, które nadchodziły.

Dzieje Apostolskie są relacją jak Duch Św. wkroczył na terytorium zajęte przez dzieła diabelskie, aby je zniszczyć. Jednak najważniejszym tematem jest wzrastający kościół poprzez ludzi napełnionych mocą Ducha Św. i odwagą.

„Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni” (Dz.2,47).

Nie wspominamy przeżycia, które było doświadczeniem kilku zapaleńców, ale mówimy o fakcie, który miał wpływ na rozwój Kościoła. Przeżycie to stało się „impulsem Kościoła”, który skutecznie rósł i rośnie.

Jedną z cech błogosławieństwa wylania Ducha Św. była uniwersalność tego daru. Bóg nie postawił żadnego parkanu wokół obietnicy Ducha Św.

Chrześcijanin musi być świadomy potrzeby tego przeżycia. Przygoda z tym przeżyciem zaczyna się w 2 rozdziale Dziejów Apostolskich i trwa do dziś.

W dzień Pięćdziesiątnicy Boży głos został przetłumaczony na języki ognia. Uczniowie nie tylko słyszeli Pięćdziesiątnicę oni ją widzieli.

Niewłaściwe rozłożenie akcentów tego przeżycia skierowanych na rzeczy zewnętrzne może osłabiać najważniejszy wydźwięk tego przeżycia, jakim jest Bóg obecny w nas. To, co usłyszeli, zobaczyli i doświadczyli uczniowie i ludzie Jerozolimy, mieli zamienić na życie z Bogiem.

Pójście w Duchu Św. jest zawsze nową przygodą, indywidualną dla każdego z nas. Gdy doświadczamy tego przeżycia musimy je też podtrzymywać.

Niepodsycany ogień gaśnie.

Zbór będzie duchowy lub nudny, aktywny lub pasywny, jak Ty i ja będziemy zachwyceni Chrystusem, gdy twoją wdzięczność usłyszy w modlitwie nie tylko niebo.

Kościół nie może zdobyć świata i ludzi, jeśli nie usłyszy najpierw Bożego głosu.

Dary Ducha służą bardzo konkretnemu działaniu, a nie duchowej ekscytacji.

Dziś zadajemy sobie pytanie, który dzień naszego życia wstrząsnął naszym życiem, który był najważniejszy, co zmienił, co zradykalizował, jak w sposób praktyczny manifestuję moje przeżycie zbawienia, chrztu w wodzie i chrztu w Duchu Św.

Zbyt wielu ludzi marnuje czas i swój duchowy potencjał na przyglądanie się czy inni są pełni Ducha Św. zamiast dać dowód, że Duch Św. jest w ich życiu doświadczeniem, które zmieniło ich życie. Poszerzyło horyzont miłości, praktyki chrześcijańskiej, tolerancji, obdarzyło Darami i przynosi Jego owoce. Nie muszę obnosić się z tym przeżyciem. Ono we mnie funkcjonuje i każdego dnia poddaje moje życie kontroli Ducha Św.

Posiadacze darów Ducha zawsze mają na uwadze zbudowanie zboru, pierwszeństwo ewangelii i chwałę Pana.

W duchowym budowaniu dary Ducha Św. przedstawiają nieocenioną wartość. Dlatego módlmy się o nie i dajmy im potrzebną duchową swobodę.

Nigdy nasze budowanie nie będzie dobre, gdy do dyspozycji będziemy mieli tylko jedno narzędzie.

Boże dzieło nie może zakończyć się na fundamencie ani pozostać w stanie surowym. Celem darów nie jest powodowanie sensacji ani przyciąganie uwagi. Powinny one towarzyszyć zwiastowaniu Słowa, a same być wyraźnym znakiem, że Bóg nie jest niemym bożkiem.

Tak więc WEŹCIE Ducha Św. i obróćcie w praktyczną MOC zbawiającą, uzdrawiającą i bądźcie ŚWIADKAMI CHRYSTUSA.

Żyj dla Boga w ciele i w Duchu Św.

Bóg dał nam zadanie i nie musimy należeć do jednej z dziwnych kategorii chrześcijan:

1. Chrześcijanie gastronomiczni – nastawieni tylko na konsumpcję. Bóg dał nam zadanie – „powiedz im”.

2. Chrześcijanie kardiologiczni – nie mamy się wzruszać i łapać za serce, ale sprawić, by ożywcze tchnienie zmieniło nas.

3. Chrześcijanie pediatryczni – wysyłają dzieci do kościoła a sami obserwują.

Życzę każdemu by pamiątka zesłania Ducha Św. była codziennym doświadczenie a nie tylko wspomnieniem.

W jakiej sprawie?

W jakiej sprawie?

„Właśnie dlatego na wasze wezwanie przyszedłem bez sprzeciwu. Zapytuję więc, w jakiej sprawie posłaliście po mnie? Wiecie o Jezusie z Nazaretu, że Bóg namaścił Go Duchem Świętym i mocą. Wiecie też, że wszędzie, gdzie chodził, czynił dobrze i leczył wszystkich dręczonych przez diabła, a działo się tak dlatego, że był z Nim Bóg.Piotr jeszcze mówił o tych sprawach, a Duch Święty już zstąpił na wszystkich słuchających jego mowy” (Dz.10,29.38.44).

Chrześcijanie wspominają pamiątkę zesłania Ducha Św., która też przypomina narodziny widzialnego kościoła na ziemi. Narodziny kościoła były specjalnym czasem w historii. Zbór i Kościół apostolski przeżywał problemy i trudności, które wymagały zdecydowanej ingerencji Ducha Św. Jednym z problemów było przełamanie uprzedzeń. Istniały głębokie bariery, które należało usunąć ze świadomości żydowskiej, również apostoła Piotra (w.28).

Jesteśmy wszyscy skłonni, by usprawiedliwiać siebie i potępiać tych, którzy są inni niż my?

Czy zauważyliście, że kierowcy jadący wolniej niż ty wywołują irytację, podczas gdy jadący szybciej niż ty jest zawsze nienormalny?

Wszyscy mamy wbudowane uprzedzenia, które Bóg musi przełamywać, byśmy byli skuteczni w świadectwie.

„Piotr otworzył zatem usta i przemówił: Naprawdę, zaczynam rozumieć, że Bóg nie traktuje jednych lepiej niż innych” (10,34).

Zielone Świątki

 

Pierwszy wzorowy kościół zielonoświątkowy potrzebował ingerencji Ducha Św., gdy zaczął tworzyć ramki, w których miał się mieścić każdy wierzący. Nie był to błahy problem do przełamania. Istniały bariery, o nieco ekskluzywnym charakterze, które należało usunąć.

W dzień Pięćdziesiątnicy Bóg dał pirotechniczny pokaz, który potrząsnął widownią przez kazanie Piotra.

Wiatr, płomienie i języki były tylko dekoracją dla prawdziwej wiadomości, że Bóg chciał mieć serce ludzi.

„Daj mi, mój synu, swoje serce, a twoje oczy niech strzegą moich dróg!” (Przp. 23,26).

Kiedy Paweł i Sylas głosili w Tessalonice, wielu ludzi skarżyło się, że szerzą zamęt po całym ówczesnym świecie!

Zesłanie Ducha Św. stworzyło pewną niezrozumiałą sytuację, która zrodziła pytanie: „co to znaczy”?

Tu i ówdzie słyszy się głosy przypominające, by dążyć do (użyję trochę dziwnego słowa) „zielonoświątkowości”. W zamyśle darów Ducha Św. i wszystkich przejawów. Nie twierdzę, że nie mamy podążać w tym pragnieniu budowania naszej duchowości.

Cóż to jednak ma znaczyć?

Czy mniejsza aktywność tych charakterystycznych darów na korzyść miłości, szacunku, wierności, etycznego zachowania, oddania w służbie, lojalności, prawdomówności, dobroczynności i wielu innych cech pozbawia nas charakteru zielonoświątkowej pobożności?

Co było najważniejszym świadectwem? Co przekonywało?

Coś, o czym zapominamy lub nie dostrzegamy – to chrześcijanie w działaniu.

Być może największym cudem Pięćdziesiątnicy jest to, że zebrani ludzie w Jerozolimie w ogóle usłyszeli uczniów wśród hałasu, w tym świątecznym festiwalu. Nasze życie i nasz świat są pełne paplaniny, nie mamy czasu, by posłuchać. Nie tylko ludzie z zewnątrz byli zdumieni tym, co się działo. Uczniowie od czasu zmartwychwstania byli zaskakiwani zdarzeniami. Zdumieni byli z powodu zmartwychwstania, wniebowzięcia, nakazu misyjnego, jaki otrzymali, by głosić zbawienie każdemu człowiekowi. Zdumieni byli, gdy przychodził do nich Jezus i mówił; „pokój wam”, zamiast wypominać jacy to z nich przyjaciele, gdy w godzinie próby opuścili Go. Zdumieni, gdy usłyszeli o wielkich dziełach Bożych we własnych dialektach i językach. Nie był to jakiś bełkot, ale zrozumiały dla nich język, w którym usłyszeli o Bogu i to był cud. To, co słyszeli, miało sens.

Podchodzimy do Pięćdziesiątnicy w sposób emocjonalny. Szum potężnego wiatru, języki ognia, ludzie słyszący we własnych językach wypowiedzi zwykłych Galilejczyków. Obietnica Ducha wylała się na młodych i starców, niewolników, kobiety i dzieci. Pięćdziesiątnica wszystko to oznacza. Ap. Piotr wstaje, by wygłosić kazanie, a ludzie pokutowali i doświadczyli dwóch chrztów: w wodzie i w Duchu Św.

Ośmielam się postawić śmiałą tezę, że zbyt uboga jest Pięćdziesiątnica, jeśli kończy się na językach. Ona więcej znaczy niż języki i dary Ducha. Ona ukształtowała życie ludzi i narodzonego kościoła. To doświadczenie było czymś więcej niż tylko wylaniem Ducha Św., by mówić językami. To nie był Jezus Chrystus, o którym przeczytali w książce; to nie był Jezus Chrystus, który żył w przeszłości, to nie był Jezus, o którym powiedzieli im rodzice.

To było osobiste doświadczenie.

To jest dla mnie zielonoświątkowość – jedno serce, jedna dusza, jednomyślnie uczęszczali do świątyni, modlili się, cieszyli się dobrą opinią ludzi z zewnątrz.

Czy tak zmieniła Pięćdziesiątnica Twoje i moje życie?

Czy tylko myślisz o darach, o proroctwach, wizjach, a z miejsca ani rusz. Pięćdziesiątnica tamtego czasu zmieniła ludzi, że świat widział przełożenie między teorią a praktyką. Ludzi nie interesuje, jak dużo wiesz, aż przekonasz, ich jak żyjesz zgodnie z tym, co wiesz.

Prawdziwa ewangelia jest dwustronna — to są PRAWDA i DOWÓD!”

Pięćdziesiątnica nie jest liturgicznym świętem czczenia przeszłości, ale realnym dotykaniem Boga dzisiaj.

Chrzest w Duchu Św. nie może zastąpić innych przeżyć w Bogu np. pokuty, nawrócenia, chrztu w wodzie. Niektórzy mówią, najważniejsza jest miłość.

„Miłość nie może zastąpić darów Ducha ani dary nie zastąpią miłości.”

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.

Naszym zadaniem jest zrobić to, co czynili ludzie Pięćdziesiątnicy:

„…słyszymy ich, jak w naszych językach głoszą wielkie dzieła Boże”.

To jest nasze zadanie w tym przeżyciu, głosić Chrystusa i jego dzieła, a nie dzieła ludzi i czego dokonali.

Módlmy się, by Bóg dał zielonoświątkowych chrześcijan, którzy będą płomienni dla Jezusa Chrystusa, który ma moc, by Boży nakaz misyjny wykonali ludzie z osobistym doświadczeniem.

Co powie Bóg?

Co powie Bóg?

Co powie Bóg?

„Niech PAN, twój Bóg, wskaże nam drogę, którą mamy pójść, i niech wypowie Słowo, którego moglibyśmy się uchwycić” (Jer 42,3).

Początek roku jest czasem, w którym pojawia się wiele życzeń, podsumowań. Wielu banałów nie zabrakło i nie zabraknie w tych dniach kończących rok i jeszcze trochę ich usłyszymy.

Boże Słowo uczy nas, że Bóg ustanowił pory, czasy i granice. Dlatego temu przemijaniu jesteśmy podporządkowani. Zawsze w takiej chwili przebiegamy myślami przez dni, tygodnie, miesiące, które minęły, by uświadomić sobie, jak wiele Bóg darował nam swego błogosławieństwa. Będziemy dokonywać bilansu swoich strat i zysków. Fakt, że jesteśmy, jest wystarczającym powodem, by powiedzieć; dziękuję Boże.

Zmiana roku, jaką przyjmujemy, jest dla nas czasem rozrachunku własnego życia przed Bogiem. Nie czuję się upoważniony do bilansowania czyjegoś życia, ale mogę zadać sobie pytanie, co zrobiłem z czasem, który miałem do dyspozycji? Jak wykorzystałem go osobiście?

Jako wierzący możemy popłynąć niejako z prądem, stwierdzając, nie mamy na to wpływu. Wszystko i tak się potoczy, jak Bóg chce, ale nie sądzę, byśmy byli wezwani do biernego przetrwania. Było szereg rzeczy, na które mogliśmy mieć wpływ:

Mogliśmy modlić się o sytuacje i ludzi dotkniętych wszelkiego rodzaju doświadczeniami.

Mogliśmy mówić ludziom o zbawieniu i życiu w Jezusie Chrystusie.

Mogliśmy mówić o nadziei, która sięga dalej niż do naszego szczęścia i powodzenia na ziemi.

Mogliśmy podejmować decyzje w sprawie swego życia. Odpowiedzieć na wezwanie ewangelii zbawienia lub stać ze smutną refleksją:

„Przeminęło żniwo, skończyło się lato, a my nie jesteśmy wybawieni!” (Jer 8,20).

Niewątpliwie jedną z największych ran chrześcijaństwa jest jego rozdrobnienie, podziały, chore ludzkie ambicje.

Jesteśmy przed Bogiem, by podziękować za kolejny rok Bożej dobroci i łaski. Bóg mimo naszych upadków był z nami i wierzę, że będzie nadal przywoływać nas do pierwszej miłości, żarliwości, płomienności ducha.

Barwa i kolor roku są wyznaczone szarymi być może dniami, ale darowanymi od Boga. Zawsze zadaję sobie pytanie, jakie znaczenie dla mojego osobistego życia miał rok, który mija, dla Zboru, ale też pytam się, co chcesz szczególnie Panie zaakcentować w tym nadchodzącym?

Przed nami czas, który darował Bóg. Ludzie często szukają dobrego kościoła, zboru dla siebie, zamiast szukać dobrego Boga dla ich skołatanej duszy.

Chcę wyrazić też jedno z moich życzeń, jakim jest Boże prowadzenie. Wszystko jest jeszcze zakryte, jest wiele znaków zapytania. Jako ludzie wierzący też chcielibyśmy wiedzieć więcej niż tylko; „co dzisiaj?”.

Niezależnie od tego, co przyniesie Nowy Rok, jesteśmy w czasie oczekiwania na wejście do domu Ojca, bo może będzie dane nam ocenić zaledwie kolejny rok? Wkraczając w rok przed nami, mogę tylko wyrazić moje życzenie słowem Psalmu 121: „Pan strzec będzie wyjścia i wejścia twego”.

Nie chcemy czynić czegoś, co uważamy tylko za słuszne, ale co Bogu będzie się podobać. Dziś życzę sobie i wam siostry i bracia byśmy postawili sobie wysokie wymagania. Bądźcie wierni, cierpliwi, mocni duchowo, by życie wasze budziło duchowy respekt. Nie bądźcie meduzami, kameleonami, ale Bożymi mężami i niewiastami, przed którymi moce ciemności będą drżały, znając waszą wiarę. Jeśli chcesz wygrać, musisz zaangażować wszystkie duchowe siły – nie wygrasz tanim sposobem.

Mamy „złoty czas Bożej Łaski” i mając Boga jako swego Pana, czuję się pewnie, spoglądając w nadchodzący rok. Nie oczekuję, że będzie on sielski, anielski, ale wszystko, co przede mną poprzedzone będzie Bożą obecnością. Nie będę musiał pytać szklanej kuli, astrologa ani komputerowej wróżki czy jutro warto jeszcze żyć? Wierzę, że nie będę musiał rzucać monetą, co dalej? By zajrzeć w przyszłość, ludzie sięgają po różne możliwości: karty, szklane kule, wróżbici, horoskopy, kabała.

Niech Bóg wskaże nam drogę, którą mamy pójść.

Mamy niezwykły przywilej, by sięgać do Słowa Bożego i dowiadywać się, co Bóg powiedział o przyszłości. Bóg wskaże nam drogę i da Słowo, którego będziemy mogli się uchwycić.

„Mój lud pozna moje imię powiada Bóg i pozna moją Łaskę”.

Wiem, że taki będzie kolejny rok w moim życiu, rok rozpoznawania Boga jeszcze lepiej niż Go znam dotychczas.

Mogę spokojnie was zapewnić, że nadchodzący rok będzie rokiem Bożej zbawiającej Łaski. Boży zegar będzie odmierzać czas Jego łaski.

Chciałbym, byśmy uczyli się w Nowym Roku jak wielbić Boga i mówić o Nim. Nie o sobie.

Chcę doświadczać Bożej obecności, chcę okazywać miłość, a nie mówić o jej braku, chcę modlić się, a nie czekać na ducha modlitwy, chcę służyć, a nie zastanawiać się, czy już czas, by coś zrobić.

Wierzymy w prowadzenie Dycha Św. wyrażane poprzez różnorodne przejawy darów. Możemy otrzymać szczególne prowadzenie dla siebie osobiście lub dla społeczności poprzez wizję, lub proroctwo. Bóg dał ogólne objawienie w Jezusie Chrystusie, jaką drogą należy pójść. Jezus powiedział:

„Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jan 14,6).

Droga, którą mamy pójść, wierzę jest jasna i czytelna – Jezus Chrystus.

Nie zawsze umiemy rozszyfrować siebie, swoje możliwości. Jest ważna prośba skierowana do Boga, co mam czynić? Jeśli podejmę się czegoś w czym nie mam być, zamęczę siebie i innych. By wykonać jakąś pracę, potrzebny jest właściwy człowiek, na właściwym miejscu, z właściwymi narzędziami.

„Niech wypowie Słowo, którego moglibyśmy się uchwycić”.

To moje kolejne życzenie, które chciałbym byśmy realizowali w tym roku.

Życzę Wam i sobie byśmy nauczyli się budować autorytety między sobą.

„Wtedy oświadczyli: Niech PAN będzie nam świadkiem, prawdziwym i wiernym, że postąpimy zgodnie z każdym Słowem, które przekaże ci dla nas PAN, twój Bóg. Czy będzie nam się to podobało, czy nie, posłuchamy głosu PANA, naszego Boga, do którego sami przecież cię posyłamy. Chcemy bowiem, by dzięki posłuszeństwu głosowi PANA, naszego Boga, darzył nas On powodzeniem” (w.5-6).

Dlatego dziś jak każdego roku chcę postawić przed sobą jedno zadanie: „być człowiekiem wiary – praktycznej”.

Sposobem w ST. na realizację życia w Bogu była świątynia, ołtarz, księga zakonu, w NT. społeczność, krzyż, Słowo Boga.

Bożą łaską jest jeszcze to, że Bóg dał człowiekowi czas, który odmierza Boży zegar. Czas, który jest dla nas łaską, w którym mija i ten rok, a każdy dzień naznaczony był w nim palcem Bożej miłości i wierności.

Błogosławionego roku życzę.

Czy widzisz to samo co ja?

Czy widzisz to samo co ja?

Czy widzisz to samo co ja?

„A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy.  Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli” (Jan 1,14.11).

Świąteczny czas jest jak pójście do ulubionej restauracji i konsumpcja przy szwedzkim stole. Wybieramy z każdej potrawy po trochę i mamy niestrawności lub tylko posmakujemy kilku drobiazgów.

W ewangeliach mamy dwie bardzo zróżnicowane relacje o narodzeniu Jezusa. Jedna relacja przekazana przez ewangelistę Mateusza i Łukasza jest tak plastyczna i barwna, że z łatwością umiemy wczuć się w dramatyzm sytuacji, czytając ewangeliczny przekaz. Bez trudu przywołujemy stajenkę, Marię, Józefa, dziecko, słoma i żłób, owce i pasterze, anielski chór, mędrcy i prezenty. Ewangeliści dali nam gotowy scenariusz filmu. Szwedzki stół.

I druga historia z Ewangelii Jana, abstrakcyjna i filozoficzna. Trudno przywołać tak plastyczne obrazy, jak w poprzednich ewangeliach. Kochamy świąteczne historie, ale w ewangelii Jana nie słyszymy o tym. Jest jak w stołówce, bez wyboru jedno danie wyglądające na niestrawne.

Malarz Maurice Lamouroux utworzył stronę internetową, na której umieścił obrazy sławnych malarzy z biblijnych historii według tematów. Na zakładce narodziny Jezusa, jest ok. 500 obrazów, które przedstawiają dzieciństwo Jezusa. Żaden malarz jednak nie został zainspirowany, by namalować historię narodzin wg. Ew. Jana. Dlaczego? Świąteczna historia Jana jest zbyt abstrakcyjna, zbyt filozoficzna.

Jan nie mówi „oh i ach” o wspaniałym zwiastowaniu aniołów w świetle gwiazdy, o rozterkach Marii i Józefa, emocjach pasterzy. Najwyraźniej dla Jana centrum poselstwa i jego punkt ciężkości nie znajduje się w malowniczych narodzinach, ale zgoła innym miejscu.

A co z naszą tradycją świętowania i wszystkimi zwyczajami?

To przełożenie na obrazy spowodowało, że zbyt wielu ludzi myśli o Jezusie tylko jako człowieku. Był taki ludzki i sentymentalny w historii narodzenia i całego życia. Zapominamy, że Jezus Biblii jest Bogiem, który Był, Jest i Będzie. Zanim świat powstał, Jezus był. Słowo – Logos stało się ciałem i żyło między nami.

Najkrótsza historia narodzenia Jezusa brzmi:

„A Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy”.

Bóg nie żył w jakiegoś rodzaju przedmieściu wieczności, bezpiecznie, z dala od wszystkiego. Bóg nie żył daleko od szorstkiego i upadłego świata, ale zniżył się do tej ziemi, by być z nami w naszej codzienności, prawdziwy i autentyczny.

Pojawiały się poglądy, że Bóg jest iluzją, fantazją, wytworem ludzkiego umysłu. Dla niektórych pytanie brzmi: „czy Bóg stworzył ludzi, czy ludzie stworzyli Boga?”

Ewangelia Jana mówi jasno:

Bóg jest prawdziwy i Jezus był naprawdę Bogiem w ciele.

„Baczcie, aby was kto nie sprowadził na manowce filozofią i czczym urojeniem, opartym na podaniach ludzkich i na żywiołach świata, a nie na Chrystusie; gdyż w nim mieszka cieleśnie cała pełnia boskości” (Kol 2,8-9).

Czy zatem nasze świętowanie pozbawione jest uroku?

Urokiem wspominania narodzenia Jezusa jest sięganie przez nas do tradycji biblijnej. Akcent naszego świętowania położony jest na fakt narodzin i związane z tym konsekwencje, nie zwyczaje i daty.

Jezus wybrał drogę człowieka, by przynieść Zbawienie i to jest ekscytująca tradycja.

Bóg wkroczył w sprawy ludzi. W tym świętowaniu nie o historię i biografię tylko chodzi, ale o moją relację z Nim – Jezusem Chrystusem.

Czas narodzin Jezusa jest chwilą entuzjastycznego, radosnego zwiastowania o zbawieniu, dlatego nie na obyczajach koncentrujemy naszą uwagę, bo one już dawno zabiły sens świąt. Słowa Jana wpisują się w ten żal utraty sensu narodzenia Jezusa. Jan ze smutkiem przypomina:

„Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli”.

Jeśli wyprowadza się sąsiad, to jednym z pierwszych pytań, jakie pojawia się, jest: „zastanawiam się (możecie skończyć pytanie?), kto wprowadzi się po nim”.

„Jak czułbyś się, wiedząc, że twoim sąsiadem będzie Jezus Chrystus?” Pomyślmy o tym przez chwilę. Pewien człowiek na tak zadane pytanie odpowiedział: „to byłoby miłe dla dzieci”.

„Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli”.

Chcielibyście mieć za sąsiada Jezusa Chrystusa? Jaki to miałoby wpływ na Twój styl życia?

Niewątpliwie powitalibyśmy Go w naszym mieście, w końcu jesteśmy chrześcijanami. Jednak sąsiad, następne drzwi?

„Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli”.

My nie jesteśmy tak niedoinformowani, jak tamci, wiemy, kto to jest Chrystus. Jednak jest granica wyznaczająca bliskość Chrystusa – sąsiad?

Niestety mam złą wiadomość, On nie chce być naszym sąsiadem, On chce być w naszym domu.

Jezus wszedł do świata, który należy do Boga i został odrzucony przez swoich. Najważniejsza rzecz, która trafiła się naszemu światu, miała miejsce dawno temu, kiedy Bóg zdecydował się wyruszyć do nas.

W kościele niech sobie będzie i podczas świąt, dwa razy w roku. To nawet wskazane, bo jest okazja świętować, ale pytam się jak?

Chrystus jest nam dany jak chleb powszedni. Czy nasz chleb powszedni czasem nie usiłujemy zastąpić ciastkami?

Jezus narodził się w Betlejem i świętuję, to ogłaszam, że wierzę we wszystko, co stało się później: Jego życie, męczeńską śmierć, chwalebne zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. Wierzę, że mam w Nim życie wieczne.

Mój świąteczny nastrój wynika z faktu, że narodził się dla mnie Zbawiciel, mój Zbawiciel, mój Pan i Król. Bóg dał mnie żywot wieczny w Jezusie.

Jezus nie jest zawieszoną sezonowo bombką na choince, na parę dni, a potem?

Czy wśród wszystkich prezentów, znalazłeś swoją teraźniejszość w Bogu?

Czy widziałeś prezent, że Chrystus dał Siebie każdemu z nas?

„gdyż oczy moje widziały zbawienie twoje” (Łk 2,30).

Słowo brzmi jak wyrok śmierci dla Symeona, gdy narodzi się Mesjasz – umrzesz. Co zrobilibyśmy, mając taką obietnicę? Może zatkać uszy, by nie usłyszeć, że to już. Z czego się cieszyć. Dla wielu ludzi ewangelikalnie wierzących zbawienie dziś nie jest powodem do radości, trzeba je upiększyć. Symeon mógł pomyśleć to już koniec, stało się. Tu w świątyni spotkał Marię i Józefa oraz tego, którego oczekiwał – Jezusa.

„Wziął dziecko na ręce i zaczął wysławiać Boga”.

Jakim człowiekiem wiary trzeba być, by nie kłócić się z Bogiem, nie targować, ale wysławiać.

Czy widzisz to samo co ja?

Kartki świąteczne wysłane, kolacja wigilijna spożyta, prezenty rozdane, kolędy odśpiewane, czas sprzątnąć bałagan i ruszyć ku spotkaniu Nowego Roku. Oto symbolika współczesnej kultury pamiątki Narodzenia.

Dla niektórych to jest piękne świąteczne doświadczenie jak aspiryna, będzie trwało zaledwie kilka godzin, a później ból powróci.

Czy widzisz to samo co ja?

Wśród wielu refleksji pojawia się też często porównanie płynące z zapowiedzi Izajasza proroka:

„Albowiem dziecię narodziło się nam, syn jest nam dany i spocznie władza na jego ramieniu, i nazwą go: Cudowny Doradca, Bóg Mocny, Ojciec Odwieczny, Książę Pokoju” (Iz 9,5).

Równie abstrakcyjne stwierdzenie, jak i Janowe. Nie da się namalować, a jednak często przywoływane, gdy mówimy o narodzeniu i równie gorliwie wyczekiwane atrybuty.

Chcemy żyć w świecie pokoju, mając jako zaplecze doradcę, Boga mocnego. Ciągle słyszymy o bólu, cierpieniu, o cenie, jaką ludzie płacą za pokój.

Ludzie wewnętrznie pęknięci.

Pamiątka narodzenia jest też przypomnieniem, że nie o dziecię chodzi, ale o Boga. Bóg lubi zaskakiwać wspaniałymi, choć czasem niezrozumianymi do końca rozwiązaniami. Tak było i wtedy: „On przyszedł, a oni nie przyjęli”.

Muszę sobie osobiście dać odpowiedź: ja i mój Bóg, co mamy sobie do powiedzenia.

Usłyszeć co Bóg ma nam do powiedzenia. Usłyszeć poprzez świąteczny nastrój prawdę o narodzeniu Jezusa. Brzmi to banalnie, a jednak wielu ludzi zna prawdę tylko o żłóbku, ubogiej stajence, o biednych pastuszkach. A przecież narodził się Król Królów i Pan Panów, Zbawiciel Jezus Chrystus. Był to niezwykły dzień i jest nadal niezwykłym.

Wielu chciało zaprzeczyć faktom na przestrzeni wieków. Miotali się, wygrażali i odchodzili, a prawda o Jezusie ciągle pozostaje ta sama. On jest moim i Twoim Zbawicielem.

„Do swej własności przyszedł…”

Czy widzisz to samo co ja?

Narodzenie się Jezusa było nowym dniem w dziejach ludzkości, ale teraz oczekujemy Dnia Pana, w którym powróci zabrać tych, dla których narodzenie to nie tylko rzewne wspomnienie, ale nowe życie.

Jezus wybrał drogę człowieka, by przynieść Zbawienie. Zadaję sobie pytanie, jaki jest On we mnie i w Tobie?

„Do swej własności przyszedł…”

Czy widzisz to samo co ja?