PRZYLĄDEK DOBREJ NADZIEI

PRZYLĄDEK DOBREJ NADZIEI

Z nieba usłyszałem polecenie: Napisz: Błogosławieni są odtąd ludzie, którzy umierają w Panu. Tak — mówi Duch. — Tacy będą mogli odpocząć po swoich trudach. Ich czyny bowiem podążają za nimi” (Obj 14.13).

„Święto zmarłych”, skłania do refleksji i zadumy. Chyba nie będzie człowieka, który myślami nie powędruje ku wspomnieniu tych, którzy już odeszli do wieczności. Kto z nas nie myślał o takiej chwili, w której można by spotkać się z tymi, którzy od nas odeszli. Może chcielibyśmy im jeszcze coś powiedzieć, podziękować, może przeprosić. Niestety jest to niemożliwe i czego nie uczyniliśmy za życia, tego po ich śmierci już nie naprawimy.

Śmierć jest wpisana w nasze życie, nic nie ma wspólnego z tym, co o niej myślimy i kogo za nią będziemy oskarżać.

Śmierć jest niepożądanym tematem.

Chciałbym byśmy jednak powędrowali w rozmyślaniu do pozytywnego miejsca, które nazwałem „Przylądkiem Dobrej Nadziei”.

Najbardziej wysuniętym na południe punktem Afryki jest punkt, który doświadcza ogromnych burz. Przez wiele lat nikt nawet nie wiedział, co leży poza tym przylądkiem, ponieważ żaden statek próbujący okrążyć ten punkt, nigdy nie wrócił i nikt, by opowiedzieć historię. Europejskim odkrywcą przylądka był w 1488 r. portugalski żeglarz Bartolomeu Dias, który nazwał go „Przylądkiem Burz”, „Cape of Storms”, i nie bez powodu.

Portugalski odkrywca w XVI wieku, Vasco Da Gama, z powodzeniem popłynął wokół tego punktu i znalazł się poza dzikimi szalejącymi burzami. Nazwa Przylądka została zmieniona na „Przylądek Dobrej Nadziei” przez króla Portugalii Jana II. Tyle historii.

Chcę zwrócić naszą uwagę na błogosławieństwo, o którym wspomina księga Objawienia, a które jest dosyć nietypowe.

Błogosławieni są odtąd ludzie, którzy umierają w Panu. Tak — mówi Duch. — Tacy będą mogli odpocząć po swoich trudach. Ich czyny bowiem podążają za nimi”.

Zaczekaj chwilę! Tekst ten jest bardzo często cytowany na uroczystościach pogrzebowych. Błogosławieni umarli? To nie może być prawdą! Śmierć to śmierć. Śmierć jest złą rzeczą, śmierć jest wielką niewiadomą. Właściwie to określenie „błogosławiony” jest zbyt religijnie brzmiącym. Jak możemy wierzyć, że umarli mają być szczęśliwi? Śmierć może być bardzo bolesna i jest bolesna. Co jest szczęśliwego w śmierci? Biblia nazywa śmierć wrogiem.

A jako ostatni wróg zniszczona będzie śmierć” (1 Kor 15,26).

Jak to możliwe, by umarli byli błogosławieni?

Szczęśliwi, ponieważ śmierć przyniosła ulgę w ich bólu, cierpieniu. Nawet ateiści mówią: „dzięki Bogu, ona, on, już nie cierpi”.

Śmierć nie jest zjawiskiem nadprzyrodzonym, jest powszechna i ostateczna. Nikogo nie obejmuje immunitet od śmierci.

Jednego jesteśmy pewni, że naturalnym sposobem opuszczenia ziemskiego życia jest śmierć. Śmierć kończy wszystko i tu wkracza: Przylądek Dobrej Nadziei.

A nie chcemy, bracia, abyście byli w niepewności co do tych, którzy zasnęli, abyście się nie smucili, jak drudzy, którzy nie mają nadziei. Albowiem jak wierzymy, że Jezus umarł i zmartwychwstał, tak też wierzymy, że Bóg przez Jezusa przywiedzie z nim tych, którzy zasnęli” (1Tes 4,13-14).

Chrześcijaństwo wprowadziło nowe określenie dotyczące śmierci: „którzy zasnęli”. Przeświadczenie o istnieniu życia po śmierci spotykamy w wierzeniach każdej kultury. Wierzenia te prowadzą wprost do pewnych zwyczajów, które obserwujemy na cmentarzach, nie koniecznie związanych z przekazem Biblijnym.

Nic nie jest tak pewne, jak śmierć i nic nie jest tak niepewne, jak godzina śmierci.

Czy nam się to podoba, czy nie, kiedyś trzeba będzie zmierzyć się z tym zjawiskiem osobiście.

W modlitwie arcykapłańskiej Jezus modlił się:

Ojcze! Chcę, aby ci, których mi dałeś, byli ze mną, gdzie Ja jestem, aby oglądali chwałę moją, którą mi dałeś” (Jan 17,24).

Biblia ma odpowiedź, która nie kończy się na „Błogosławieni umarli”, ale mówi: „Błogosławieni umarli, którzy umierają w Panu”. Biblia nie potwierdza, że śmierć fizyczna jest końcem. Jest to początek życia wiecznego z Bogiem lub bez. Błogosławieństwo jest ogłaszane dla tych, „którzy są w Panu”.

Psalmista wzmacnia to błogosławieństwo powiadając:

Drogocenna jest w oczach Pana Śmierć wiernych jego” (Ps 116,15).

Życie na ziemi nie jest celem samym w sobie, ale jest przygotowaniem do życia w wieczności z Bogiem.

Droga do błogosławieństwa przebiega przez cmentarz.

Słowo Boże potwierdza, że niezależnie czy ktoś jest wierzący, czy nie, po drugiej stronie jest świadomy swego stanu:

A gdy w krainie umarłych cierpiał męki i podniósł oczy swoje, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. Wtedy zawołał i rzekł: Ojcze Abrahamie, zmiłuj się nade mną i poślij Łazarza, aby umoczył koniec palca swego w wodzie i ochłodził mi język, bo męki cierpię w tym płomieniu” (Łk 16,23-24).

Jeśli ma to znaczenie, to chcemy inwestować w życie.

Błogosławieni umarli… którzy umierają w Panu”.

Mamy odpowiedź! Błogosławieni, którzy znają Jezusa, którzy zaprosili Chrystusa do swoich serc. Ci, którzy pozostają wierni, kiedy umierają. Czasami różnica jest subtelna. Czasami jest to bardzo oczywiste. Życie nie jest jednym wielkim przypadkiem.

Idziemy na drugą stronę żywi dlatego Ap. Paweł zachęca, by tu na ziemi dokonać przewartościowania życia. Błogosławieni, szczęśliwi, ponieważ dosłownie widzą Jezusa twarzą w twarz!

Co z tymi, którzy nie są w Panu? Cóż, Biblia mówi o nich też, ale nie używa słowa „błogosławiony” lub „szczęśliwy”. Judasz, gdy popełnił samobójstwo, poszedł „na własne miejsce”, na miejsce zatracenia (Dz 1,25).

I morze wydało umarłych, którzy w nim byli, i śmierć, i Hades wydały umarłych, którzy w nich byli. I jeśli ktoś nie został zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia” (Obj 20,13-15).

Z powyższego wynika, że śmierć ciała nie kończy życia człowieka, mamy obietnicę – „Przylądek Dobrej Nadziei”.

John Lennon jeden z Beatlesów powiedział: „Chrześcijaństwo zniknie. Nie muszę się o to spierać. Mam rację i udowodnię, że mam rację. Jesteśmy teraz bardziej popularni niż Jezus. Nie wiem, co będzie pierwsze – rock n’roll czy chrześcijaństwo”. Czternaście lat później Lennon został zastrzelony przez Marka Davida Chapmana w Nowym Jorku 8 grudnia 1980 roku. Te słowa są poważnym memento”.

Apostoł Paweł poucza chrześcijan w Tessalonice, że „nie mają się smucić, jak poganie, którzy nadziei nie mają”.

Są powody błogosławieństwa, „odpoczną od prac swoich”. To jest obietnica.

Ich czyny podążają za nimi”.

To, co zostawiamy za sobą, to wpływ naszego życia na dobre i na złe. Nasze czyny będą nadal działać, błogosławić i zachęcać nawet po tym, jak osoba poszła już do Pana! Wiele rzeczy kończy się śmiercią. Wspomnienia nie. Dobre czasy, dobre słowa, trwają w sercach i umysłach bliskich. Ci, którzy umierają pozostawiają dziedzictwo, które przez lata, a może nawet pokolenia, jest wspominane przez innych. Śmierć tego nie kończy.

Oto przyjdę wkrótce i Moja zapłata wraz ze Mną, aby oddać każdemu według jego uczynków” (Obj 22,12).

Słowo to przywołuje nas, by rekomendacją chrześcijaństwa było chrześcijańskie życie.

Musimy zrozumieć, że wieczne wartości Nieba, powinny być naszą siłą napędową w tym życiu. To jak punkty oferowane przez sklepy, stacje benzynowe, przy zakupie towarów. Gromadzisz „punkty lojalnościowe” i wymieniasz je później na prezenty, towary. Pan zna nasze życie i widzi naszą wiarę. Nic nie pozostanie niezauważone. Jezus nauczał, że w wieczności czeka nas nagroda.

Radujcie się i weselcie, gdyż wielka jest wasza nagroda w niebie” (Mt 5,12).

Bóg chce, abyś spędził z nim wieczność. Dlatego przyjmujemy Pana Jezusa Chrystusa do swojego życia.

Nadejdzie czas, że każda służba wielka i mała, ta błyszcząca na świeczniku i ta pełniona w komorze, wykonywana w blasku jupiterów i gdzieś na krańcu świata w dżungli, otrzymają swoją zapłatę.

Świat nie oferuje nadziei nieba. Hollywood nie może wyprodukować tego. Nadzieja jest tylko w Jezusie. On jest naszą nadzieją i źródłem naszej nadziei.

Wierzymy, że nasze życie ma swoją ciągłość, nawet gdy opuszczamy ziemski namiot – ciało.

Nie mamy tkliwych wspomnień, ale zwiastowanie, które podrywa nas do chwały, zachwytu, entuzjazmu, że Bóg jest żywym, realnym, obecnym w naszym życiu. Doświadczenie śmierci nie jest miłe, ale rezultat śmierci tak.

Dotrzemy do Przylądka Dobrej Nadziei.

Dopóki Jezus Chrystus nie zmartwychwstał, śmierć była Przylądkiem Burz.

W Bożym świecie nie ma miejsca dla śmierci, jest tylko miejsce dla życia.

Moje życie nie skończy się w powolnej jeździe karawanem.

NASZA UFNOŚĆ

NASZA UFNOŚĆ

„I rzekł do nich Rabszake: Powiedzcie Hiskiaszowi: Tak mówi wielki król, król asyryjski: Na czym opierasz swoją ufność?”

(Izaj 36.4).

Każdy z nas ma własne punkty odniesienia do swojej sytuacji. Tymi punktami odniesienia mogą być: wydarzenia rodzinne, praca, przeżycia duchowe. Każdy z tych punktów odniesienia ma charakter osobisty.

Do chwili zadumy skłania mnie pytanie: „Na czym opierasz swoją ufność?”

Pytanie związane jest z życiem króla Hiskiasza, który objął władzę królewską w Judzie. Jako król rezydujący zaledwie kilka lat przeżył dramat całkowitego upadku państwa Izraelskiego, gdy stolica Samaria została zdobyta przez Sancheryba, a państwo przestało istnieć.

Biblia powiada, że Hiskiasz był królem, który całkowicie polegał na Bogu i tylko jemu ufał. Kiedy jednak minęło 14 lat jego rządów, Sancheryb zagroził Jerozolimie. Sytuacja stała się dramatyczna.

Mógł pytać się Boga, dlaczego taki los go spotkał? Nikt nie był w stanie powstrzymać zalewu Asyryjczyków, a on odważył się powiedzieć Sancherybowi – NIE!

Słowo to stało się i dla mnie ważną refleksją nad oceną mojego zaufania. Pytanie postawione w tym tekście zmusza do określenia swojej tożsamości. Pytanie to zmusza do odpowiedzi, kim jestem, kogo reprezentuję, w co wierzę, dla kogo żyję i pracuję, dlaczego jestem w tym, a nie innym zborze? Wtedy pytanie: „Komu ufasz” nie jest pytaniem banalnym.

Hiskiasz zabronił dyskutować z wrogiem.

(Izaj 36.4).

Diabeł przyjdzie i zapyta: „czy na pewno Bóg powiedział?” Zaczniesz się zastanawiać, może wszystko, co robię, nie ma sensu?

Hiskiasz modlił się.

W sprawach życia lepiej jest się modlić niż dyskutować. Są jednak duchowe termometry, które lepiej wiedzą od ciebie jaką masz temperaturę duchową. Mniej modliłeś się niż oni, nie tyle razy odkrzyknąłeś alleluja, amen itp.
Zawsze byli i będą ludzie, którzy chcą coś własnego zrobić i to uduchowić. Jeśli usłyszą NIE, będą szukać miejsca, by swój pomysł zrealizować, powiadając: „Pan powiedział”.
Modlić się, oznacza przyjąć odpowiedź. Nie jest przejawem duchowości, modlić się o jakiś problem a rozwiązać go samemu mówiąc, tak Pan chce.
Sytuacja w świecie podobna jest do tej zapowiadanej w ewangelii Łukasza:

„Ludzie omdlewać będą z trwogi w oczekiwaniu tych rzeczy, które przyjdą na świat, bo moce niebios poruszą się”

(Łk 21.26).

W takiej sytuacji pozostaje zastanowić się nad swoim życiem i swoją wiecznością. Nikt z ludzi nie może zapobiec nadchodzącej przyszłości, ale może zapobiec sądowi nad swoją duszą:

„Kto wierzy w Niego, nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego”

(Jan 3.18).

Hiskijaszowi też wydawało się w pewnym momencie, że jest dobrze, aż do momentu, kiedy Bóg przysłał proroka Izajasza z poselstwem: „uporządkuj swój dom”.
Pytanie „na kim polegasz?”jest wyznacznikiem, by przyjrzeć się sobie i swojemu życiu.
Istnieje potencjalne niebezpieczeństwo ufania ludzkim możliwościom, sytuacji ekonomicznej, politycznej.
Pytanie, komu ufamy, będzie nam towarzyszyć szczególnie w obecnym czasie. Dla mojej wiary to jest wyzwanie.
Wystarczająco wiele jest za nami, by wiedzieć, że bez Boga tak niewiele znaczymy. Wystarczająco wiele, by wycofywać się z miłowania Boga. Hiskiasz dobrze zainwestował i jego ufność została nagrodzona. Pan naprawdę do niego przemówił.
Bóg człowiekowi w Biblii zaprezentował swoją koncepcję życia, ale człowiek uznał myśli Boga o życiu na ziemi za zbyt idealistyczne i stworzył własną. Ta koncepcja jest karykaturalna, niewłaściwa, prowadząca na bezdroża, zwłaszcza w myśleniu o Bogu.
Ap. Paweł powiada: „ludzie znikczemnieli w myślach swoich” (Rzym 1,21).
Człowiek przez wieki ciągle sądzi, że jest na tyle mądry, że jego wiedza, naukowość, dają odpowiedź na wszystkie pytania życia. Życie jednak dowodzi, że ciągle postępujemy drogami niewiedzy, zła, przemocy, grzechu, najlepsze programy socjalne i ekonomiczne nie zmieniły grzesznej natury człowieka. Błędna jest filozoficzna koncepcja, że byt kształtuje świadomość.

Najpierw trzeba zmienić świadomość, a zmieni się byt.

Tam, gdzie Biblia była i jest podstawą koncepcji życia, tam i byt jest błogosławiony. Tam, gdzie mocą jest karabin i czołgi spotkacie ludzi smutnych, biednych, tam łzy i rozpacz, krew i brak nadziei.
Myśli Boże i ludzkie stoją na dwóch różnych biegunach. Poplątane i pogmatwane drogi. Prorok Jeremiasz powiada:

„…przystańcie na drogach i patrzcie, pytajcie się o odwieczne ścieżki, która to jest droga do dobrego i chodźcie nią, a znajdziecie odpoczynek dla waszej duszy”

(Jer 6.16).

Tylko Bóg jest odpowiedzią na właściwą koncepcję życia. Nieprawidłowe myślenie jest powodem wypaczonego obrazu Boga. Ludzie wiele rzeczy robią sami, nie pytając Boga, a później oskarżają Go, że nie był z nimi. Jakie są naprawdę myśli Boga o nas? Czy On chce nam dokuczać na tej ziemi?

Dawid powiada: „Panie Boże mój, w zamysłach twoich wobec nas nikt ci nie dorówna”

(Ps 40.6).

„Albowiem Ja wiem, jakie myśli mam o was – mówi Pan – myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją”

(Jer 29.11).

Co za wspaniała deklaracja Boga dla człowieka. Bóg myśli o naszym bycie na ziemi, o pokoju, o przyszłości, o nadziei. Dlaczego to się kłóci z szarą codziennością? Dlaczego człowiek miota się, próbuje ciągle sam. Odpowiedź zależy od tego, komu wierzymy. Bóg dał swą deklarację, ale diabeł przyszedł ze swoją do Ewy w raju i powiedział: „czy rzeczywiście Bóg powiedział?”
Teraz wszystko uzależnione jest od tego, komu wierzysz.
Niektórzy chcą widzieć Boga tylko w wielkich sprawach, w małych chcą radzić sobie sami. A jeśli twoje życie będzie składać się tylko z tych małych?
Bóg nie umieścił człowieka na ziemi, by się nad nim pastwić, ale by błogosławić. Tak dalece jest zainteresowany pokojem, przyszłością, że dał Syna Jezusa Chrystusa na tę ziemię. Bóg dla wielu to nie ojciec i przyjaciel, ale sędzia. Wykrzywiono koncepcję Boga. Boże myśli dotyczą naszej przyszłości. Tu na ziemi człowiek jest w stanie jakoś zapewnić sobie byt nawet bez Boga, chociaż pod Jego łaską, ale nikt nie kupi wieczności nawet za cenę całego świata.
Konfrontacja myślenia i dróg Bożych z myśleniem i drogami człowieka każe nam zmienić filozofię życia. Myśleć myślami Bożymi, to szansa na zwycięskie, optymistyczne, pełne nadziei życie chrześcijańskie.
Przewiduję, że przed nami rok szczególnej próby, gdzie w każdej sprawie trzeba będzie odpowiedzieć sobie i określić tym samym swoją tożsamość. Dlatego nie koncentruję się na wielu sprawach, ale na jednym pytaniu, obok którego nie można przejść obojętnie:

Na kim opierasz swoją ufność?

Bóg obecny w nas

Bóg obecny w nas

Data wygłoszenia kazania Lipiec 1993

„A gdy nadszedł dzień Zielonych Świąt, byli wszyscy razem na jednym miejscu. I powstał nagle z nieba szum, jakby wiejącego gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im języki jakby z ognia, które się rozdzieliły i usiadły na każdym z nich. I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał” .

                                                                                                                                (Dz 2,1-4) 

Bywają spektakle teatralne, które permanentnie są na scenie, wydawałoby się, że do znudzenia. Stała jest scena, treść, tylko widownia się zmienia.
Są święta, które cyklicznie powracają w kalendarzu kościelnym i nie odczuwamy, by się znudziły. Raczej mobilizują nas, by w nich uczestniczyć z dozą emocji, jaką niosą w swoim przesłaniu.
Pamiątka zesłania Ducha Św. jest niekończącą się opowieścią, która nie ma zakończenia. Pięćdziesiątnica ciągle ma nowe odsłony. Ciągle ma nowe aranżacje, które uwzględniają kulturę, geografię i zmieniających się ludzi.
Gdy powracamy do uświęconych dni o świątecznym charakterze, to nie wspominamy tylko jednorazowych aktów przeszłości z konkretną datą, ale świętujemy naszą teraźniejszość, naszą tożsamość. Nie jest to ulotne przeżycie, że musimy wstrzymywać oddechu, by nie spłoszyć „gołębicy”. Nie jest to też niekontrolowana ekstaza.
Pamiątka zesłania Ducha Św. została zakwalifikowana do święta ludowego i dobrze, to jest przesłanie dla ludu.
Łukasz powiada:

„…i napełnieni zostali wszyscy Duchem Św”.

W Jerozolimie zrobiło się gorąco, emocje starły się z rozsądkiem. Ap. Piotr podjął próbę uspokojenia zgromadzonego tłumu, odwołując się do proroctwa Joela, przypominającego, że w ostateczne dni tak miało się stać. Po takich słowach już tylko mogło być gorzej. Stwierdzenie, że są to dni ostateczne, mogło wywołać panikę. Jedni prosili o informacje co robić, by znaleźć się w wieczności, a inni mogli powiedzieć, idę użyć jeszcze świata skoro to już koniec.
Przygoda z ruchem Zielonoświątkowym zaczyna się w Dziejach Apostolskich i trwa do dnia dzisiejszego.
Hasło tego przeżycia brzmi: Bóg obecny w nas.
Dary Ducha Św., ogień, wiatr, znaki i cuda, emocje, to jest skala, która mierzy się obecność i działanie Ducha Św. w kościele. Bracie masz źle skalibrowaną poziomicę duchowości zielonoświątkowej, czasem słyszę.
Przyglądanie się czy inni są pełni Ducha Św. zamiast dowodu, że Duch Św. jest w moim życiu doświadczeniem, które zmieniło praktykę życia, jest tylko marnowaniem czasu.
Bóg nie chce być tylko Bogiem w niebie, lecz „Bogiem, który mieszka z nami”. Nie uważam, że jest to przeżycie dające duchowość, ale przeżycie dające nowy wymiar mojemu zrozumieniu Boga. Nie powinno wzbudzać naszego zdziwienia ciągłe pragnienie obecności Ducha Św. w naszym życiu, bo to jest pragnienie obecności Boga.
Podstawowym celem zesłania Ducha Świętego nie jest duchowe uniesienie, ale wprowadzenie w prawdę, że Chrystus jest Panem i Zbawicielem.

„lecz gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę, bo nie sam od siebie mówić będzie, lecz cokolwiek usłyszy, mówić będzie, i to, co ma przyjść, wam oznajmi. On mnie uwielbi, gdyż z mego weźmie i wam oznajmi” 

                                                                                                                                (Jan 16,13-15)

Ludzie nie pytali jak mówić innymi językami, ale jak być zbawionymi.
Kazanie o nawróceniu i odrodzeniu musi wyprzedzać poselstwo o otrzymaniu darów Ducha Świętego. Jezus najpierw wręczy ci szuflę z miotłą, byś zrobił porządek u siebie. Tylko dzieci Boże są prowadzone przez Ducha Bożego i nie rób sobie nadziei, że jest inaczej.
Potrzebujemy napełnienia Duchem Św. by mieć osobistą relację z Bogiem. Najczęściej rozumie się to jako doświadczenie, które następuje w jakiś czas po nawróceniu. Uczniowie Jezusa nawrócili się na długo przed tym, jak otrzymali Ducha Świętego.
Sposobem na otrzymanie tego doświadczenia duchowego poza nawróceniem jest pragnienie.
Nie ma magicznych zaklęć, by otrzymać chrzest w Duchu Św.

„A w ostatnim, wielkim dniu święta stanął Jezus i głośno zawołał: Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije. Kto wierzy we mnie, jak powiada Pismo, z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej. A to mówił o Duchu, którego mieli otrzymać ci, którzy w niego uwierzyli”

                                                                                                                                (Jan 7,37)

Sposób jest taki sam jak przyjęcie zbawienia przez wiarę, wszystko inne jest ludzkim pomysłem.
Wynikiem wylania Ducha była jedność i miłość.

„Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne,
Codziennie też jednomyślnie uczęszczali do świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z weselem i w prostocie serca”

                                                                                                                       (Dz 2,44-46).

Jednym z elementów poświadczających obecność Ducha Św. w osobistej relacji z Bogiem są dary Ducha Św.. Ap. Paweł daje następującą radę Koryntianom:

„ponieważ usilnie zabiegacie o dary Ducha, starajcie się obfitować w te, które służą ku zbudowaniu zboru”

                                                                                                                             (1 Kor 14,12).

Dary łaski Ducha Świętego, to nie są naturalne talenty oddawane na służbę Bogu, jak np. talent do śpiewania. Biblia mówi nam: „Jeden bowiem otrzymuje… drugi otrzymuje…”, a na końcu „wszystko to zaś sprawia jeden i ten sam Duch”. Otrzymanie daru ma ścisły związek z osobą Ducha Św., a nie z wykształceniem i uformowaniem naszych zdolności. W tej dziedzinie trwa dyskusja między klasycznym ruchem zielonoświątkowym a ruchami charyzmatycznymi.
Jest oczywiste, że wszystko mamy od Boga, co moim zdaniem nie stawia znaku równości między talentami a darami Ducha Św.
Udzielenie daru Ducha Św. jest suwerennym, niezależnym czynem Dawcy – Boga. Jednego jestem pewien, trzeba być własnością Jezusa, by otrzymać dary Ducha Św.
Celem darów nie jest powodowanie sensacji ani przyciąganie uwagi.

„Bóg bowiem nie jest Bogiem zamieszania, lecz pokoju. Tak jak to jest we wszystkich zgromadzeniach świętych”

                                                                                                                              (1 Kor 14,33).

Ignoranci zawsze podkreślają, że ważniejszą jest miłość, ale ap. Paweł nie napisał: „dążcie do miłości zamiast darów duchowych”.
Jest rzeczą oczywistą, że Duch Św. nie daje chrześcijanom darów niepotrzebnych.
Pamiętajmy: „dary nie są oznaką awansu chrześcijanina, ale znakiem wielkości Bożej”.
Bóg przez Ducha Świętego daje dary, a nie ludzi.
Dary ducha Świętego potrzebne są nam do „podkręcania” życia duchowego, ale nie do przeginania.
Biblia zmieniła świat, a nie zmienia nas i tu tkwi problem. Dlaczego dary nie są w Tobie?
Chrześcijaństwo jest proste. To my je z uporem komplikujemy. Organizujemy kursy, które trwają tygodniami lub miesiącami. W ten sposób wierzący myśli, że trudno jest zdobyć coś od Chrystusa. „Eksperci” wypowiadają się na temat Ducha Św., a wierzący w ławce myśli, że bardzo trudno jest być napełnionym Duchem Świętym.
Pięćdziesiątnica jest prowokacją, by Bóg był obecny w nas.

 

Wstąpił

Wstąpił

„Pierwszą księgę, Teofilu, napisałem o tym wszystkim, co Jezus czynił i czego nauczał od początku aż do dnia, gdy udzieliwszy przez Ducha Świętego poleceń apostołom, których wybrał, wzięty został w górę” (Dz 1,1-2).

Łukasz przekazuje nam niezwykłą relację, którą można by uznać za jakąś opowieść i fantazję autora, ale to są fakty. Relacja Łukasza o wniebowstąpieniu jest pomostem między dwoma tomami jego dzieła – Ewangelią a Dziejami Apostolskimi.
Ten moment musiał kiedyś nastąpić i nie mogło się stać to w ukryciu. Powrócił do domu, do tych, z którymi pożegnał się, idąc na ziemię. Obłok, który zakrył Go, to nie zwykła chmura, ale Boża chwała, która towarzyszyła Izraelowi w różnych okolicznościach na pustyni i ta, którą ujrzał Izajasz w świątyni.
Kiedy Jezus narodził się, było bardzo radośnie i głośno na polach betlejemskich, kiedy powraca, jest dziwnie cicho.
Wniebowstąpienie Jezusa niesie nam poselstwo o prawdziwości przesłania Ewangelii, o wieczności i domu Ojca, do którego zdążamy. Jest ono drogowskazem dla naszej nadziei, której ukoronowaniem jest wieczność, spotkanie z Bogiem. Nasza wiara nie musi zatrzymywać się na grobie, nawet najpiękniejszym z wymyślnym epitafium, ale na nadziei, którą dał nam Jezus:
„Niechaj się nie trwoży serce wasze; wierzcie w Boga i we mnie wierzcie!”
Czym zatem było i jest Wniebowstąpienie?
Wniebowstąpienie zakończyło czas wcielonego pobytu Jezusa na ziemi.
Nasz Pan wrócił tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Wstąpił do miejsca, gdzie nie jest ograniczony czasem i przestrzenią.
Wniebowstąpienie było początkiem oczekiwania na ewangelizację w mocy Ducha Św. z wszystkimi symptomami tej ewangelizacji jak: znaki i cuda, demaskowanie diabelskiego oddziaływania na ludzi, wyposażenia w narzędzia, jakimi są dary Ducha Św. do zwalczania destrukcyjnego działania piekła.
„Lepiej dla was, żebym Ja odszedł. Bo jeśli nie odejdę, Pocieszyciel do was nie przyjdzie, jeśli zaś odejdę, poślę go do was”.
Wniebowstąpienie pokazuje nam, kto jest naszym Zbawicielem, kto miał moc zbawić grzesznika, kto miał moc nad śmiercią, kto żyje i jest godzien swego święta na ziemi.
„Potem nastanie koniec, gdy odda władzę królewską Bogu Ojcu, gdy zniszczy wszelką zwierzchność oraz wszelką władzę i moc. Bo On musi królować, dopóki nie położy wszystkich nieprzyjaciół pod stopy swoje” (1 Kor 15,24-25).
Przed Bogiem zdamy sprawę nie z poglądów, ale z szafarstwa swego na ziemi.
Jezus powróci, to nie jest pożegnanie na zawsze. Poselstwo aniołów skierowane do zapatrzonych apostołów wprowadza pewną równowagę w napięcie, jakie nagle powstało. Zaleceniem jest czuwanie.
Życie bez czuwania może wprowadzić nastrój, że mamy jeszcze dużo czasu a jest to najbardziej niebezpieczne ze złudzeń. Najboleśniejszym słowem może być słowo „za późno”.
Chrześcijanie powinni pilnować się, by spoglądając nadto długo w niebo, nie zapomnieli o swoich obowiązkach na ziemi.
Wniebowstąpienie jest dla nas ostrzeżeniem, aby nigdy nie dać się tak pochłonąć czasowi, by zapomnieć o wieczności, nigdy nie pozwolić świeckim sprawom, chociażby bardzo ważnym, odwrócić naszą uwagę od Boga.
Uczniowie nie odchodzą smutni, opłakując stratę. Wracają z wielką radością, chwaląc Boga w świątyni codziennie. Oni nie doświadczają nieobecności Jezusa i Jego braku.
„A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni” (Mt 28,20).
Zbawiciel, który nigdy nie zostawia nas samych, nawet gdy wstępuje do Ojca.
Dlaczego mamy czekać? Wiedząc, kiedy powróci, coś moglibyśmy sobie zaplanować.
Żyjemy w świecie, który mówi nam „nie czekaj”, „bierz już teraz”, ale możemy spokojnie powierzyć naszą przyszłość w rękę Ojca niebieskiego bez obawy o jej realizację.
Zakończywszy swoje ostatnie instrukcje, podniósł Jezus ręce, by błogosławić uczniów:
„I wywiódł ich aż do Betanii, a podniósłszy ręce swoje, błogosławił ich. I stało się, gdy ich błogosławił, że rozstał się z nimi” (Łk 24,50-51).
Nie musimy wyczekiwać z pytaniem, co dalej?
„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszystkiemu stworzeniu”
Wniebowstąpienie to szczególny dzień przypominający o obecności Jezusa wśród nas:
„Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20).

Mama

Mama

„Synu mój, słuchaj pouczenia swojego ojca i nie odrzucaj nauki swojej matki, bo one są pięknym wieńcem na twojej głowie i naszyjnikiem na twojej szyi!” (Prz 1,8-9).

Zadajemy sobie pytanie, czy taka okoliczność jak Dzień Matki ma biblijne uzasadnienie. W Biblii nie znajdziemy wyraźnego wprost zalecenia, by obchodzić święto Dnia Matki, ale pośrednio Słowo Boże zachęca do otaczania szczególnym szacunkiem żony i matki.
Dzień Matki zaczęto obchodzić od 1907 r. Poświęcenie jednego dnia w roku matkom nie stoi w sprzeczności z nauczaniem Biblii. Uzasadnienie takiego okolicznościowego dnia znajduję w uświęceniu przez Boga roli rodziców:
„I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną” (1 Mojż 1,27-28).
Wiele miejsc Biblii poświęconych jest kobiecie-matce. Księga Przypowieści poświęca jej cały rozdział. Są to słowa króla Massy, Lemuela, które przekazała mu i nauczyła go matka.
„Mama”, to słowo na dźwięk, którego biją nam mocniej serca, jesteśmy wzruszeni, bo z nią od dziecka przebywamy, jesteśmy mocno uczuciowo związani. Ona nas wprowadza w świat ludzi dorosłych i nawet te bardzo dorosłe dzieci lubią w trudnych chwilach swego życia pójść do niej i wyżalić się oczekując pomocy. Jej przytulenie, dobre słowo, czyni bardziej znośnym ciężar, a jej pocałunek łagodzi ból.
Czy kobiety, które nie zaznały macierzyństwa, mogą być matkami? Jest wiele sierot, którymi można się zająć, wychować, dać im ciepło rodzinne. Szereg nauczycielek stało się matkami dzieci, których domy są rozbite. Zdarzają się sytuacje, gdy dziecko wychowuje się bez rodziców. Bywają małżeństwa bezdzietne, ale mogą stać się rodzicami, wychowując osierocone dzieci.
Mówiąc o Dniu Matki, mówimy o szacunku do rodziców, ponieważ żyjemy w czasie, o którym już ap. Paweł napisał:
„Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, chełpliwi, pyszni, bluźnierczy, rodzicom nieposłuszni, niewdzięczni, bezbożni” (2 Tym 3,2).
Matka Tymoteusza postawiła sobie za punkt honoru zapoznać syna z Drogą Pańską i zrobiła wiele, a pomocną była jej matka Loida. Od dzieciństwa Tymoteusz został wychowany w wierze w żywego Boga:
„I ponieważ od dzieciństwa znasz Pisma święte, które cię mogą obdarzyć mądrością ku zbawieniu przez wiarę w Jezusa Chrystusa” (2 Tym 3,15).
„przywodzę sobie na pamięć nieobłudną wiarę twoją, która była zadomowiona w babce twojej Loidzie i w matce twojej Eunice, a pewien jestem, że i w tobie żyje” (2 Tym 1,5).
Niewiasty nie przyjęły biernej postawy, nie powiedziały, nie ma co narzucać synowi Zakonu, taki jest młody, później zdecyduje. Nie poprzestały też na teorii, ale zapewne pokazały młodemu Tymoteuszowi sposób chrześcijańskiego życia w praktyce.
Klimat domu i atmosfera w dużej mierze zależą od kobiety, bo takie wyrastają później dzieci.
Zuzanna Wesley dała światu Johna i Karola. Matka Billy Grahama miała ściśle określony czas, by modlić się o swego syna, dużo wcześniej niż stał się znanym ewangelistą.
Domy wielu matek były otwarte dla innych chrześcijan np. Marii w Jerozolimie, gdzie gromadzono się na modlitwę, Lidii w Filipii, która otworzyła swój dom, by miejscowi chrześcijanie mogli się spotkać. Użyteczność domu zależy od tego, jakie miejsce ma w nim Biblia.
W Ewangelii Mateusza rozdział 20 znajdujemy tekst, na który warto zwrócić uwagę. Salome – matka Jana i Jakuba, żona Zebedeusza, zwraca się z prośbą do Jezusa. Jej synowie byli gwałtowni, ale Jezus ich wezwał i poszli za Nim. Mieli otwarte serca dla Boga, gdy postanowili przyłączyć się do uczniów Jezusowych. Salome nie powstrzymała ich, nie czynił tego również jej mąż.
Każda matka ma na celu dobro swoich dzieci, musi jednak pamiętać, że Bóg wie, co jest najlepsze dla jej dzieci. Dzieci potrafią uczynić matki ślepymi w miłości.
Drogie matki nie rezygnujcie z tego, o czym nie wiecie, a może okazać się szczególnym błogosławieństwem dla was.
Wspominając matki, mówimy o ich ogromnej odpowiedzialności w życiu rodziny, domu. Wiara matki jej chrześcijański tryb życia będą przypominane i opiewane po wielu latach.
Niech Dobry Bóg błogosławi każdą z niewiast matek za jej trud i poświęcenie w wychowaniu każdego dziecka, za ich domową ewangelizację.

Pozytywka

Pozytywka

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi” (Rzym 8,14)

Kilka lat temu jadąc samochodem, wysłuchałem audycji muzycznej, której tytuł brzmiał: „powracająca melodyjka”. Live motywem była piosenka, którą zaprezentowano w przeróżnych aranżacjach.
Każde nabożeństwo można by określić jako powracającą melodię w przeróżnych aranżacjach wynikających często z okoliczności. Ciągle jednak mówimy o jednym – o Bogu. Bogu, który posłał Syna Jezusa Chrystusa, aby darować nam zbawienie. O Bogu, który zesłał Ducha Św. Aby życie nasze było uświęcone i przez niego prowadzone.

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.

W pobożności zielonoświątkowej oprócz tak charakterystycznych przeżyć, jak: glosolalia, wizja, proroctwa, słowo wiedzy i mądrości, uzdrowienia, a więc cała gama darów Ducha Św., pojawia się zwrot „prowadzenie Ducha Św.”. Nie powinien on być tylko pustym, pobożnościowym sloganem, ale powinien coś znaczyć.
Chciałbym przyjrzeć się temu fenomenowi prowadzenia przez Ducha Św. w życiu ludzi Biblii i odnieść je do praktyki w dzisiejszym chrześcijaństwie zielonoświątkowym.
Czasem niewłaściwie rozkładamy akcent tego przeżycia. Skoncentrowani jesteśmy na przeżyciu, doznaniu, językach, darach, ale głównym akcentem tego duchowego doświadczenia jest Bóg obecny w nas, z nami, dający nam życie, rozpalający nasze serca dla Niego. Bóg objawił się, by ożywić ludzi, którzy myśleli, że wszystko się skończyło. Objawił się, by przepłynęła przez nich woda życia. Nie musieli poszukiwać dowodów, że doświadczyli wylania Ducha Św., bo ich życie było dowodem.

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.

Czy jestem dzieckiem Bożym, czy nie mam wątpliwości, czy inni nie mają?

Prowadzeni przez Ducha Bożego nie muszą udowadniać, że są dziećmi Bożymi.

Przeakcentowanie przeżyć charyzmatycznych może zatrzeć warunek podstawowy,  nowo narodzenie dla Boga. Uczestniczyłem w nabożeństwie, w którym kaznodzieja zachęcał dzieci do przeżyć charyzmatycznych z wszelkimi znamionami darów Ducha Św., tylko nie powiedział im, że muszą się nawrócić. Dla mnie dziecięctwo Boże ma ścisły związek z nowo narodzeniem, przeżyciem zbawienia, zerwaniem z grzechem i życiem, które płynie pod prowadzeniem Ducha Św..
Apostołowie prowadzeni przez Ducha Św. byli tak przekonujący, że ludzie zadawali pytanie: „co mamy czynić, mężowie bracia?”
Dziś często muszę zadawać sobie pytanie: „czy ten ktoś jest zbawiony, czy przefarbowany?” Nawróceni – nienawróceni, to taki nowy gatunek wierzących – obojnacy, światowo-religijni, zwyczajni – niezwyczajni, pogodzeni z Bogiem i ze światem.

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.

Używając słów pewnej piosenki, powiem, chociaż zabrzmi niesmacznie: „to widać, to słychać, to czuć”.
Jeśli Duch Św. bracie siostro cię prowadzi, to zadaję Ci pytanie: dlaczego nie widać, nie słychać i nie czuć?
Dzieci Boże są prowadzone przez Ducha Bożego i nie rób sobie nadziei, że jest inaczej.

„Odpowiadając Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego” (Jan 3,3).

Prowadzeni przez Ducha Św. żyją na inny sposób.

Życie prowadzone pod namaszczeniem Ducha Św. jest życiem podporządkowanym Bogu Ojcu, Synowi i Duchowi Św. Dlaczego zatem mamy problemy z ludźmi, którzy ciągle odwołują się do osoby Ducha Św., tylko z ich życiem jest coś nie tak?
„Nie zgadzam się ze współczesnym zwyczajem »ogłaszania« Bożych błogosławieństw w oderwaniu od sposobu naszego życia” (Jim Cymbala „Świeży wiatr, świeży ogień”).
Zasłaniając się osobą Ducha Św., niektórzy zamykają się we własnej nadduchowości, ale jeśli masz odwagę, by pozwolić na prowadzenie Ducha, to On najpierw wręczy ci szuflę z miotłą, byś zrobił porządek u siebie.
„Coraz częściej żywe ciała cuchną światem”.

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.

Zbory zaczynają zamieniać się w kluby „błogosław mnie”.
Wszystko, czego niektórzy oczekują na nabożeństwie to słodkich cukierków: „błogosław mnie”. Napomnienie, przekonywanie o grzechu i wiecznej zgubie bez Boga drażni.
Zbór nie jest miejscem, do którego przychodzi się tylko po błogosławieństwo.
Psalmista modlił się w Psalmie 103,1:
„Błogosław, duszo moja, Panu i wszystko, co we mnie, imieniu jego świętemu!”, a nie błogosław duszy mojej.
Kiedy woda życia wpłynie między ludzi, ustają wszelkie zgrzyty, tarcia, ona łączy ludzi z sobą w rodzinę duchową. Gdzie obecny jest Duch Św., tam nawet piasek nie może zgrzytać.

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.

Dobrze jest być zniewolonym przez Ducha Św.:
„I oto teraz, zniewolony przez Ducha, idę do Jerozolimy, nie wiedząc, co mnie tam spotka, prócz tego, o czym mnie Duch Święty w każdym mieście upewnia, że mnie czekają więzy i uciski” (Dz 20,23).
Ap. Paweł nie tylko czekał na „Panie błogosław”, ale poddał się w niezwykłą niewolę, która nie zawsze smakowała jak cukierek.

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.

Przeżycie zwane napełnieniem Duchem jest bardzo ważne, towarzyszące znaki również, ale nie jest tylko jakimś ekstatycznym przeżyciem. Centrum każdego przeżycia zielonoświątkowego jest zawsze Chrystus. Jezus wyjaśnił, że gdy Duch zstąpi, to nie przyciągnie uwagi na siebie, ale skupi ją na słowach Chrystusa, wywyższy Jego.
„Gdy przyjdzie On Duch prawdy (…) nie sam od siebie mówić będzie (…) On Mnie uwielbi, gdyż z mego weźmie i wam oznajmi. Wszystko co ma Ojciec, moje jest, dlatego rzekłem wam, że z mego weźmie i wam oznajmi” (Jan 16,13-15).
Podstawowym celem Ducha Świętego nie jest duchowe uniesienie.
Duch przyszedł, aby wywyższyć Chrystusa!Duch musi zbliżyć nas do Chrystusa.
Chcemy Jego obietnic, chcemy Jego ochrony, ale naprawdę chcemy Chrystusa.
Duch Święty nie został posłany do nas, jako bierny, słaby wpływ. On przychodzi jak drapieżny orzeł i rozdziela ogień. Chrzest w Duchu Św. nie może zastąpić innych przeżyć w Bogu np. pokuty, nawrócenia, chrztu w wodzie. Niektórzy mówią, najważniejsza jest miłość.
„Miłość nie może zastąpić darów Ducha ani dary nie zastąpią miłości”.
Kiedy Duch Święty wejdzie do naszych serc, to powoduje, że relacje z Bogiem Ojcem i Jezusem stają się osobiste. Duch Święty ma sposób na upraszczanie naszych relacji z Bogiem Ojcem. Uczy nas mówić „Abba, Ojcze”. On nie jest już tylko jakimś ojcem, ale jest moim Ojcem! Jest to dzieło i służba Ducha Świętego. Jest to nasze zadanie w tym przeżyciu, głosić Chrystusa i jego dzieła.

„Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi”.