Nareszcie święta!

„Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który nas ubłogosławił w Chrystusie wszelkim duchowym błogosławieństwem niebios; w nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nienaganni przed obliczem jego; w miłości przeznaczył nas dla siebie do synostwa przez Jezusa Chrystusa według upodobania woli swojej, ku uwielbieniu chwalebnej łaski swojej, którą nas obdarzył w Umiłowanym.

W nim mamy odkupienie przez krew jego, odpuszczenie grzechów, według bogactwa łaski jego, której nam hojnie udzielił w postaci wszelkiej mądrości i roztropności, oznajmiwszy nam według upodobania swego, którym go uprzednio obdarzył, tajemnicę woli swojej, aby z nastaniem pełni czasów wykonać ją i w Chrystusie połączyć w jedną całość wszystko, i to, co jest na niebiosach, i to, co jest na ziemi w nim.” (Efez 1,3-10).

Zawsze myślałem, że u nas w Polsce te święta mają jakiś szczególny charakter, otoczone są nimbem atmosfery rodzinnego święta. Ludzie życzliwsi i dookoła jakby cieplej. Niestety czar błogości i pokoju pryska po kilkudziesięciu godzinach. Pamiątka narodzenia jest tylko czasem zawieszenia broni na okres świąteczny, później wszystko wraca do normy.

Tak niewiele znaczy to święto w praktyce. Świat i ludzie mają swoje interesy i swoją filozofię życia. Po świętach dowiemy się, ile dokonano kradzieży, włamań, rozbojów, zabójstw a wszystko zrobili ludzie, którzy dzielili się opłatkiem.

Czemu mimo wszystko te święta mają swój tak specyficzny klimat?

Jest tylko jedna odpowiedź, bo dotyczą najważniejszej sprawy w dziejach tego świata:

„Albowiem objawiła się łaska Boża, zbawienna dla wszystkich ludzi…” powiada ap. Paweł.

Zapewne coś jeszcze się z tego zachowało i zachowa charakterystycznego dla polskiej ludowej pobożności, ale już można zauważyć jakie spustoszenie poczyniło otwarcie „puszki Pandory” kapitalizmu.

Skomercjalizowane święta.

Kościół światu i grzesznikowi funduje tanią łaskę z przeceny, po cenach obniżonych. Jak tandetny towar, za bezcen, za półdarmo.

Świat znajduje tanie pokrycie dla swych grzechów, z których wcale nie pragnie się wyzwolić.

Skoro „tania Łaska” robi wszystko sama, wszystko może pozostać po staremu. Tania Łaska bez pokuty, bez krzyża, beż żywego Jezusa.

Bóg pobłogosławił nas w Chrystusie.

Relacje o narodzeniu Jezusa brzmią wręcz niewiarygodnie. Gdy czytamy pierwszy raz ewangeliczny przekaz, myślimy, że to jedna ze wschodnich opowieści z pogranicza baśni. Dziś już nie ma wątpliwości, że mamy przed sobą prawdziwy zapis. Niezależnie czy nas to mniej lub bardziej dziwi, zapisy ewangeliczne nie są po to, by zaspokoić naszą ciekawość, ale przekazać najważniejsze przesłanie dla świata – narodził się Zbawiciel.

W zwiastowaniu o narodzeniu ani pieluszki nie są najważniejsze, ani żłóbek, ani stajnia i zwierzęta, nawet dzieciątko jako dzieciątko, w co się ubierał i co jadł, ale ważny jest Chrystus, czego uczył, co dał ludzkości, co zdziałał, kim był.

Apostoł Paweł zaledwie w kilku początkowych wersetach swego listu daje jasną odpowiedź na pytanie, które moglibyśmy postawić: „po co przyszedł Jezus na ziemię?”. Dlatego list do Efezjan nazywany jest „Królową listów apostolskich”.

Przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię dało nam wszelkie duchowe błogosławieństwo. Inne tłumaczenie powiada: „obdarzył nas pełnią duchowego błogosławieństwa”.

W tym zwrocie kryje się wszystko, co ma związek z doskonałością misji, dla jakiej Jezus opuścił chwałę nieba, swojego Ojca i zastępy anielskie, aby zamieszkać z nami na ziemi.

„Słowo stało się człowiekiem i zamieszkało wśród nas. Widzieliśmy blask jego majestatu, majestatu jedynego Syna Ojca. W nim była pełnia łaski i prawdy” (Jan 1.14).

Co swym zakresem obejmuje to wszelkie błogosławieństwo?

Wybranie

Narodzenie Jezusa Chrystusa mówi nam, że Bóg dokonał niezwykłego wyboru.

Łaska, która zstąpiła na ziemię, nie jest tanią Łaską. Tak, jest za darmo, ale nie jest tanią łaską z przeceny.

Dla zgubionego grzesznika jest to „Droga Łaska”. Bóg dał Syna, który już po narodzeniu musiał być chroniony przed śmiercią z rąk Heroda. Maria i Józef musieli uchodzić do Egiptu na wygnanie, stali się uchodźcami.

Ponieważ Bóg wybrał nas, wrócił, by razem ze spotykanymi ludźmi być w ich życiu, które niosło codzienne problemy. Był z nimi, gdy byli głodni, chorzy, bezradni, zagubieni, zrozpaczeni. Był z nimi i jest z nami, bo nas wybrał. Jesteśmy obiektem jego miłości, co jest najdziwniejszą miłością świata. Ten wybór to skarb zakopany w roli, dla którego warto nabyć tę rolę, by go pozyskać. To cenna perła, za którą oddajesz wszystko, to uczniowie, którzy porzucają sieci i idą za Nim.

Wybrał nas obiekty swojej miłości, mimo że byliśmy może jak Paweł, który z nim walczył, wybrał nas, mimo że tkwiliśmy w swym upadku, nałogach. Jeszcze nic nie zdążyliśmy zrobić, by być lepszymi, a on już wybrał nas.

Do czego był mu potrzebny śmietnik? Bóg dokonał największej rekultywacji największego śmietnika na świecie, aby…

Abyśmy byli święci.

Wybrani ze świata, aby tworzyć żywy Kościół Jezusa. Nie ekskluzywną elitę, czy organizację ludzką, ale zespół ludzi wybranych przez Boga, mimo że tego wybrania, nie byli godni.

Abyśmy byli święci tu na ziemi, nie dopiero gdzieś w niebie. Ap. Piotr napisze:

„Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty”.

Jest to kręgosłup, na którym zbudowane jest nasze chrześcijańskie życie. I…

Przeznaczył nas do synostwa.

Przyjście Chrystusa na świat przypomina nam, że dostąpiliśmy szczególnego przywileju – synostwa. Przez grzech sami zrzekliśmy się dziedzictwa, synostwa, to był wybór człowieka. Najlepiej charakteryzuje to opowieść Jezusa o synu marnotrawnym. „Daj mi co moje”, a ja sam sobie ułożę życie zdecydowanie lepiej niż przy tobie. Wiem lepiej, zrobię lepiej, dam sobie radę, mam silną wolę, zerwę ze wszystkim, co złe.

Bóg dał nam to, co jako ludziom nam się należało: silną wolę, moc do wykonania postanowień, ale człowiek odjechał do „dalekiego kraju”, daleko od Boga i wszystko roztrwonił. Wszystko, co miał od Boga dobrego i pozytywnego roztrwonił. Miały być parkiety, lustrzane sale, a był tylko śmietnik świata – diabelska oferta.

W tym miejscu zaczyna się historia, która ma związek z narodzeniem się Jezusa, z sensem Jego przyjścia na świat. Przyszedł, by odnaleźć zagubionych, z roztrwonionym majątkiem swego życia i usynowić ich, to jest cel narodzenia.

„…wykupił tych, którzy byli pod zakonem, abyśmy usynowienia dostąpili” (Gal 4,5).

Ku uwielbieniu chwalebnej łaski.

Wybrał nas i usynowił, abyśmy oddawali Jemu chwałę. Chce, by z naszego życia płynęła wdzięczność wynikająca z miłości, a nie obowiązku. Rozgłaszajmy wspaniałość jego Łaski tak, jak rozbrzmiewały pola betlejemskie chwałą i wdzięcznością aniołów, a później pasterzy.

„…zjawiło się mnóstwo wojsk niebieskich, chwalących Boga i mówiących:

Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom, których Bóg darzy miłością”.

Nie przyszedł, by nas dręczyć, dokuczać i uczynić życie nieznośnym, ale by kochać.

Zadanie rozgłaszania tej wieści Bóg nie zlecił aniołom, ale nam ludziom. Jest to nasze zadanie uwielbiania chwalebnej Łaski Jego.

W tę służbę mają być zaangażowane nasze usta. Dlatego śpiewamy pieśni, którym dajemy wiele miejsca w nabożeństwie, zwiastujemy Słowo Boże jako nasze świadectwo o Łasce dla nas.

W Nim mamy odkupienie i przebaczenie.

Co w tych pieśniach i Słowie wychwalamy? Jaką Łaskę? Czy tę, że dobrotliwy Bóg pogłaszcze nas po główkach, mówiąc dobre dziewczynki i chłopcy, trochę niesforni, ale wyrosną, oni się jeszcze poprawią?

Ogłaszamy największą nowinę, jaka mogła obiec świat:

„Gdyż dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan…”

„Gdyż oczy moje widziały zbawienie twoje…”

Zbawienie, które przyniosło przebaczenie. Człowiek nie musi żyć z balastem i widmem wiecznej kary, ale wiecznego życia z Bogiem.

„Co nie daje ci spać?”

To, co nas męczy, nie daje spać, może być rozwiązane przez Chrystusa.

Celnikowi poczucie winy nie dawało spać, musiał przyjść do świątyni i powiedzieć Bogu: „tak mi jest z tym źle, bądź miłościw mnie grzesznemu” i wrócił do domu szczęśliwy.

Zbawienie nasze nie zależy od tego, co na zewnątrz, ale od tego, co jest w naszym wnętrzu.

Objawił wolę swoją.

Bóg, posyłając Syna w najwłaściwszym czasie, w jakim mógł to uczynić, zadeklarował swoją wolę wobec człowieka.

„Lecz gdy nadeszło wypełnienie czasu, zesłał Bóg Syna swego, który się narodził z niewiasty i podlegał zakonowi” (Gal 4,4).

Dlaczego właśnie wtedy?

Dlatego, że była to wola Boża.

Był to czas, gdy Rzym podbił cały ówczesny świat. Były zbudowane drogi ułatwiające podróżowanie, a rzymskie legiony stały na ich straży.

Był to czas, gdy powszechnie używanym językiem był grecki, a więc istniała łatwość komunikowania się.

Zakon Mojżesza wykonał swoje zadanie jako przewodnik, przygotowując ludzi do spotkania z Chrystusem.

Był właściwy czas ze względu na nas.

„…objawiony został dopiero w czasach ostatnich ze względu na nas…” (1 Ptr 1,20).

Oznajmił nam tajemnicę woli swojej.

Co jest wolą Bożą? Pytanie to zadają wszyscy chrześcijanie. Bardzo często jednak zadajemy to pytanie za późno, po wykonaniu jakiegoś planu, który się nie powiódł. Pytanie to będzie towarzyszyć każdemu chrześcijaninowi. Wszyscy chcemy wiedzieć co mamy czynić. Nie ma potrzeby wykręcać Boku, ręki by powiedział nam co mamy czynić. On powiedział:

„Pouczę ciebie i wskażę ci drogę, którą masz iść. Będę ci służył radą, a oko moje spocznie na tobie” (Ps 32,8).

Przede wszystkim Boża wola została objawiona w Biblii. Jest ona najważniejszym i zasadniczym instrumentem poznania woli Bożej. Nie można mówić, że się zna wolę Bożą, nie znając Biblii. Boża wola nie jest uzależniona od tego, co czujemy lub co myślimy.

Mało pożytku jest z konia, który wie jak latać, wystarczy, gdy wie jak chodzić.

Tajemnicą woli Bożej objawionej w Jezusie Chrystusie jest jedność.

Jedność nieba z ziemią.

Salomon wypowiedział dziwne słowa:

„Zanim zerwie się srebrny sznur i stłucze złota czasza, i rozbije się dzban nad zdrojem, a pęknięte koło wpadnie do studni”.

Zanim pęknięte życie wróci tam, gdzie wrócić nie powinno, Jezus Chrystus przyszedł, aby koło naszego życia było całe i sprawne. Przyszedł, aby pojednać ziemię z niebem. Jeśli naprawdę pragniemy być posłuszni Jezusowi i podporządkowani Jego woli, znajdziemy sposób, by Bóg zmienił nas, by to, co pęknięte scalił.

Zacheusz miał wiele przeszkód, ale znalazł sposób by zobaczyć Jezusa. W nim coś się zmieniło. On narodził się na nowo i rozpoczął życie dla Boga. Rozdwojony i rozerwany wewnętrznie człowiek został scalony, nastąpiła jedność.

Narodzenie Chrystusa było ogłoszeniem nadejścia Królestwa Bożego. Ono miało wpływ na styl życia i myślenie milionów ludzi.

Czas pamiątki narodzenia jest przypomnieniem, że dla świata zaczęła się chrześcijańska rewolucja.

Narodzenie Jezusa niesie poselstwo zbawienia, które nie jest tandetne i biedne.

Narodziło się dziecię, Syn Boży, któremu nadano imię Jezus, bo On przyszedł zbawić nas od naszych grzechów. Nazwano Go Emanuel – „Bóg z nami”.

Bóg w tym świątecznym czasie zadaje każdemu z nas pytanie: „Gdzie jesteś Adamie?” Niezwykle dramatyczne jest to wezwanie, bo oznacza, że Bóg nie zaniechał grzesznika, ale szuka go.

Nie świętujemy z powodu marzeń, ale z powodu wiarygodnego świadectwa.

Będziemy świętować „żywot wieczny”, Łaskę Pana, wszelkie duchowe błogosławieństwa. Jest to treść zwiastowania o narodzeniu, bo wiemy, co wniosło narodzenie Jezusa w nasze życie.

grudzień 1997

Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

„Wielokrotnie i wieloma sposobami przemawiał Bóg dawnymi czasy do ojców przez proroków; ostatnio, u kresu tych dni, przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1,1).

400 lat ciszy nagle zostało przerwane. Bóg przemówił! Tak można rozpocząć kaznodziejską opowieść o wydarzeniu, które wspominamy – narodzenie Jezusa Chrystusa. Jedna z ewangelicznych historii, którą znaczny procent ludzi zna prawie w detalach.

Przyglądając się przeróżnym dekoracjom, można stwierdzić, że jest to święto dla oczu i prezentów. Pamiątka Narodzenia Jezusa przez opakowanie staje się coraz bardziej niezrozumiała z każdym rokiem.

Autorzy ksiąg Nowego Testamentu w wielu miejscach nie mówią o narodzeniu Jezusa jako jednym z zakrętów na rzece historii zbawienia, ale mówią o ostatnim zakręcie.

Pamiątka narodzenia mówi też o czasie ostatecznym, co nie jest już tak kolorowe i radosne. Możemy się martwić lub możemy trywializować znaczenie tego faktu. Wcielenie może być traktowane jako tylko inny zakręt po drodze do końca, ale to jest koniec odkupicielskiej historii. Ignoranci mówią: wszystko było i jest tak samo. Delta tej rzeki jest bardzo długa, bądźcie spokojni. Czy na pewno jest długa?

Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

Wyobraźmy sobie, że ustawiamy w kolejce osoby, które przeżyły każda 90 lat. Oznacza to, że Jezus przyszedł 22 osoby temu. Tylko 22 osoby między Tobą i narodzeniem Jezusa. Delta rzeki zbawienia nie jest długa.

Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

Czy zawsze zdajmy sobie sprawę, jaki skarb otrzymaliśmy?

Bóg podjął w najważniejszej sprawie człowieka wielkie ryzyko. Zaufał aniołom, że wykonają zadanie, nie myląc domu i osoby. Zaufał Marii i Józefowi, że okoliczności nie spowodują ich wycofania się, lub paniki. Było wysokie ryzyko, ale to była część Bożego planu, by ludzie wiedzieli, że Bóg był gotów, by być blisko człowieka, by mogli kochać Boga znów, jak w Edenie. Był to śmiały plan. Zstąpił, by narodzić się w Betlejem, a aniołowie z góry przyglądali się i tak niechcący jednego wypchnęli z wiadomością:

„I rzekł do nich anioł: Nie bójcie się, bo oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem wszystkiego ludu, gdyż dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan, w mieście Dawidowym”.

Dlaczego Betlejem? Bóg zapowiedział to:

„Ale ty, Betlejemie Efrata, najmniejszy z okręgów judzkich, z ciebie mi wyjdzie ten, który będzie władcą Izraela” (Mich 5,1).

Bóg używa cesarza Augusta, który sądzi, że realizuje własne plany, ale jedyne co robi, to realizuje Boży plan.

Politycy sądzili, że są bardzo ważnymi ludźmi, że świat kreci się wokół nich, że przyszłość zależy od ich działań. Tymczasem najważniejsze wydarzenie dla historii miało miejsce, kiedy Mesjasz się narodził!

Dlaczego ta wiadomość jest tak radosna?

„…gdyż dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan” (Łk 2,11).

Nie tylko dla ludzi tamtego czasu, ale dla nas!

Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

„I wrócili pasterze, wielbiąc i chwaląc Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im powiedziano” (Łk 2,20).

Nie była to masowa halucynacja lub coś podobnego, że para zniknęła, a życie poszło dalej i wszystko zatarło się w pamięci.

Narodzenie Jezusa wprowadza tak naprawdę zakłopotanie, a nie tylko radość i pokój. Jezus nie jest takim, jakiego ludzie oczekiwali. Stał się linią podziału. Chrystus Pamiątki Narodzenia jest, „…przeznaczony, aby przezeń upadło i powstało wielu w Izraelu, i aby był znakiem, któremu się sprzeciwiać będą”.

Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

Chrystus Pamiątki Narodzenia przyszedł: „aby były ujawnione myśli wielu serc”.

Chrystus Pamiątki Narodzenia jest „znakiem, któremu się sprzeciwiać będą”.

Nie ma żadnej strefy środkowej, albo – albo.

Chrystus Pamiątki Narodzenia przychodzi uratować ludzi, „gdyż oczy moje widziały zbawienie twoje, które przygotowałeś przed obliczem wszystkich ludów”.

Chrystus Pamiątki Narodzenia to, „Światłość, która oświeci pogan”.

Chrystus Pamiątki Narodzenia jest zbawieniem Boga dla nas.

Chrystus Narodzenia jest wart więcej niż wszystkie nasze nadzieje i sny.

„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł ze śmierci do żywota” (Jan 5,24).

Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

Wiadomość Narodzenia brzmi; nasze życie jest cenne i może zostać uratowane. Problemem nie jest, że świąteczna wiadomość jest bezsilna, ale, że naprawdę nie chcemy zostać zmienieni.

„A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem” (Jer 29,13).

Zapewne widzieliśmy walki rycerzy odtwarzane na dziedzińcach istniejących zamków (np. Golub-Dobrzyń). Walka wydaje się tak poważna, że myślisz, zaraz któryś zginie. Rycerze nie walczą tak, jakby naprawdę byli wrogami na prawdziwej wojnie. Gdy kończy się występ, ściskają dłonie i rozstają się, ewentualnie, licząc zarobione pieniądze.

Tak robi człowiek, ściska dłoń z diabłem prywatnie, a w niedzielę toczy grę. Hipokryta i diabeł są bardzo dobrymi przyjaciółmi.

Uważaj, Twoje życie nie jest zwykłą sceną gry.

Jeśli Pamiątka Narodzenia nie jest tylko świąteczną magią, nastrojem, jeśli to nie jest legenda, co wtedy?

Jeśli to nie jest głos Boga do grzesznika, do pokuty, szukania zbawienia, do zmiany życia, to znaczy, że nie narodziło się dziecko w Betlejem, żaden Zbawiciel, żaden Syn Boży dla Ciebie i dla mnie.

Jeśli to nie jest tak, co wtedy?

Pozostajesz bez Pamiątki Narodzenia i bez Syna Zbawiciela.

grudzień 2011

Krzyż – głupstwo czy moc Boża?

„Albowiem mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1,18).

W naszej kulturze symbol krzyża spotykamy codziennie, na wieżach kościelnych, cmentarzach, przy drogach, w domach. Krzyż stał się inspiracją dla wielu poetów, malarzy, kompozytorów. Dla niektórych to tylko symbol szubienicy, miejsce kaźni, chcą go odrzucić, nie widzieć.

Krzyż jest obecny i charakterystyczny w chrześcijaństwie, jest jego znakiem i symbolem. Krzyż, który był zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, który traktowano jako coś bezsensownego, pojawił się zdumionym ludziom jako znak zbawienia. Kultura jest przesiąknięta tym wydarzeniem. Wielu, a może bardzo wielu ludzi wobec tego wydarzenia nie przeszło obojętnie. Spotykając ciągle krzyż w różnych okolicznościach, można by sądzić, że mamy do czynienia ze społeczeństwem niezwykle wierzącym, zmienionym przez krzyż, mamy jednak do czynieni z religijnym. Codzienność jest bardziej szara, brutalna, a mniej święta. Ci sami ludzie klękający, pochylający głowy przed krzyżem są brutalni, nieuczciwi, kłamią, bluźnią, zabijają, kradną, żyją niemoralnie.

Znak krzyża stał się oznaką godności. Wręcza się go ludziom za zasługi i osiągnięcia. Stał się znakiem bezinteresowności, dlatego organizacje spieszące z pomocą przyjęły krzyż jako swój znak (Czerwony Krzyż, Niebieski Krzyż).

Nasze środowisko akceptuje krzyż bez krucyfiksu i bez szczególnego akcentowania kultowego. Pierwsi chrześcijanie – choć akceptowali krzyż – nie kwapili się do uczynienia go swoim symbolem, woleli znak ryby. Jest faktem, że szubienica będąca symbolem haniebnej śmierci stała się znakiem rozpoznawczym chrześcijan. Biorąc pod uwagę ten historyczny kontekst krzyża, nie może dziwić, że mowa o krzyżu jak to czynili już pierwsi chrześcijanie, bulwersowała, wydawała się głupstwem, a dla wielu nic nieznaczącą śmiercią jakiegoś skazańca.

Mimo że jakaś wyodrębniająca się społeczność ma prawo do umownych znaków tożsamości, nawet takich jak krzyż, to musimy stwierdzić, że krzyż nie jest tylko znakiem umownym, źródłem tego znaku jest rzeczywista szubienica, do której przybito Syna Bożego, na której dokonało się odkupienie nas wszystkich. Jest zatem czymś oczywistym, że ci, którzy uwierzyli w Syna Bożego, mają prawo do tego znaku i że jest on dla nich nie tylko znakiem rozpoznawczym.

Dla ewangelikalnego chrześcijaństwa krzyż jest wielkim kazaniem Bożej miłości do człowieka.

„Albowiem mowa o krzyżu (…) dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1,18).

Krzyż i jego symbol nie jest mocą, lecz „mowa o krzyżu”. Nie wyróżnia chrześcijanina od niechrześcijanina gest, znak czy noszenie symbolu krzyża, ale żywa, osobista wiara w zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa. Dlatego nie upatrujemy w gestach liturgicznych mocy uświęcającej np. żegnanie się. Jezus został zdjęty z krzyża, pochowany w grobie, a dnia trzeciego zmartwychwstał. Krzyż bez krucyfiksu jest symbolem takiej właśnie wiary w żyjącego Chrystusa.

Mowa o krzyżu może być dla niektórych i dziś głupstwem i zgorszeniem, jeśli znaku krzyża używać się będzie przeciwko komukolwiek. Niestety najbardziej spektakularnym wydarzeniem, w którym podniesiono krzyż przeciwko innym ludziom, były wyprawy krzyżowe, gdy ogniem i mieczem nawracano. Nie ma chyba zbrodni, jakich pod znakiem krzyża w burzliwych dziejach świata nie popełniono.

Jeśli zatem krzyż Chrystusa jest znakiem rozpoznawczym chrześcijan, to starannie zważajmy na to, aby nie był on znakiem naszego oddzielania się od innych (o. J Salij). Byśmy nie usłyszeli: „Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu” (Rzym 2,24).

Mowa o krzyżu uświadamia człowiekowi jego tragiczną sytuację, przekonuje, że jest grzesznikiem potrzebującym usprawiedliwienia. Nic dziwnego, że jest niezrozumiała lub wzburza. Ap. Paweł kiedyś wzburzał się na wieść o ukrzyżowanym Chrystusie: „Ja sam również uważałem, że należy wszelkimi sposobami występować przeciwko imieniu Jezusa Nazareńskiego” (Dz 26,9).

Poselstwo ap. Pawła nie było „doktryną o krzyżu” budzącą ciekawość, ale poselstwem poruszającym serca: „Szalejesz Pawle wielka uczoność przywodzi cię do szaleństwa” (Dz 26,24).

Przekonanie to pozwoliło sformułować jego własne kredo: „Co do mnie, niech mnie Bóg uchowa, abym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego dla mnie świat jest ukrzyżowany, a ja dla świata” (Gal 6,14).

Mowa o ukrzyżowanym Chrystusie jest niezrozumiałą. Wielu ludzi gra komedię życia do końca, dla nich ukrzyżowany Chrystus to głupstwo, historyjka z happy endem, ale niestety nie dla nich.

Krzyż jest symbolem śmierci. Jego zadaniem jest spowodować nagły, gwałtowny koniec „starego Adama”. Krzyż nie dopuszczał do żadnych kompromisów, niczego nie modyfikował, niczego nie oszczędzał – uśmiercał. Nie próbował być w dobrych stosunkach ze swoją ofiarą. My często chcielibyśmy dopasować Boga do swoich potrzeb i sposobu myślenia. Jeśli nawet oburzenie będzie wzrastać przeciw temu skandalowi, bo „…przeklęty każdy, który zawisł na drzewie…” (Gal 3,13), będziemy głosić Chrystusa ukrzyżowanego. Dlaczego? Bo mowa o krzyżu jest mocą Bożą.

Kiedy ludzie zrobili z niego przedmiot dekoracyjny, symbol, zaczęli wieszać na szyjach jako ozdobę i kreślić przed sobą jego znak jako magiczną ochronę przed złem, stał się fetyszem. Jako taki jest dzisiaj czczony przez miliony tych, którzy niewiele wiedzą o jego mocy.

„Niestety wielu używa krzyża jako nowej łaty do starego sukna. Dowodzimy bankructwa wewnętrznego człowieka i dlatego zadowala go symbol” (A.W.Tozer).

Jeśli krzyż nie jest głupstwem to czym?

Ap. Paweł i jego poselstwo stało się krokiem do pokuty. Zwiastowanie sprawiło, że ludzie wyznawali swoje grzechy Bogu. Było to wielkie moralne zwycięstwo chrześcijaństwa.

Krzyż na Golgocie stał się symbolem życia i zbawienia dla wielu grzeszników.

„On grzechy nasze sam na ciele swoim poniósł na drzewo, abyśmy, obumarłszy grzechom, dla sprawiedliwości żyli; jego sińce uleczyły was” (1 Ptr 2,24).

Nadal brzmi to, jak głupstwo, bo gdy oferujemy Jezusa temu światu, często jest rozczarowany. Tylko tyle? Po ludzku głupstwo. Tak i tylko tyle.

Prawdziwe chrześcijaństwo nie domaga się władzy i autorytetu, ale chce dać zmęczonym grzechem ludziom samego Chrystusa. Nie głosimy „doktryny o Krzyżu”, nie głosimy mądrości, co byłoby logiczne, skoro krzyż jest głupstwem dla ginących. Mowa o krzyżu jest czymś innym niż doktryna o krzyżu, w której tkwi niebezpieczeństwo pozbawienia mocy Krzyża, a uczynienia Go nową mądrością.

Krzyż jest krzykiem o życiu wiecznym.

Krzyż uświadamia nam, jak jesteśmy grzeszni, winni, potrzebujący usprawiedliwienia. Zwiastujemy Chrystusa, który jest mocą Bożą. Chrystus nie powiedział, przepraszam, ale zagalopowałem się w moich obietnicach i nie mogę ich zrealizować, nie przewidziałem kryzysów, w jakich będziecie żyć. Nie jestem w stanie wam pomóc. Nie!!!

„A Jezus przystąpiwszy, rzekł do nich te słowa: Dana mi jest wszelka moc na niebie i na ziemi. Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,18-20).

Krzyż jest centrum historii i centrum Bożego planu Zbawienia.

„Ratuj samego siebie i zstąp z krzyża!” To jest bez przerwy ta sama przynęta, przy pomocy której diabeł stara się odwieść nas od drogi krzyża; jest to wyzwanie, którym bez przerwy wymachuje nam przed twarzą. To jest głupstwo.

„Krzyż doprowadza człowieka do bankructwa i przez to przygotowuje miejsce dla Boga” (G. Steinberger).

Stary a nowy krzyż.

Bez wielkich zapowiedzi i niepostrzeżenie do kręgów ewangelicznych wszedł w naszych czasach „nowy krzyż”. Jest podobny do starego, lecz się różni. Podobieństwa są powierzchowne, różnice – fundamentalne.

Stary krzyż nie miał nic wspólnego ze światem.

Nowy krzyż nie przeciwstawia się grzesznikowi. Jest to raczej przyjaźnie nastawiony kumpel i jeśli rozumieć go właściwie, to jest on źródłem oceanów dobrej, czystej uciechy i niewinnych przyjemności. Pozwala Staremu Adamowi żyć bez przeszkód dla swoich własnych przyjemności. Stary Adam ma mieć przyjemność nie koniecznie Bóg.

Nowy krzyż nie zwiastuje kontrastów, lecz podobieństwa.

Wiara w Chrystusa nie przebiega równolegle do świata, lecz przecina go.

Przychodząc do Chrystusa, nie podnosimy swojego starego życia na wyższy poziom, lecz pozbywamy się go na krzyżu. Ziarno pszenicy musi wpaść w glebę i umrzeć. Bóg oferuje nowe życie, a nie poprawione stare, wyremontowane. Życie, które On oferuje, to życie powstające ze śmierci. Ono znajduje się zawsze po tamtej, przeciwnej stronie krzyża. Ktokolwiek chce je posiąść, musi poddać się egzekucji. Musi zaprzeć się samego siebie i przyjąć sprawiedliwy Boży wyrok:

„Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest żywot wieczny w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rzym 6,23).

„Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną” (Mt 16,24).

Mowa o „starym krzyżu” sprawia, że oglądamy starą zbawiającą moc (A.W.Tozer).

Chrześcijaństwo, z którego chciano by usunąć krzyż, byłoby pozbawione siły i nazwy.

„Słowa o Krzyżu” nie są dodatkiem do zmartwychwstania, ale centrum.

marzec 2007

Między opiniami

„Wtedy Eliasz przystąpił do całego ludu i rzekł: Jak długo będziecie kuleć na dwie strony? Jeżeli Pan jest Bogiem, idźcie za nim, a jeżeli baal, idźcie za nim! Lecz lud nie odrzekł mu ani słowa” (1 Krl 18,21).

Zdanie zostało wypowiedziane w dramatycznych okolicznościach. Zdanie, które dla mnie osobiście ma ogromne znaczenie.
Głuche milczenie. Eliasz powiedział: musicie określić się, kim jesteście. Kto jest waszym autorytetem, kto określa wasz światopogląd. Bóg albo diabeł?
Dlaczego ludzie milczą, nabierają wody w usta i zamykają się w sobie? Muszą być i są powody takich zachowań.
1. By uniknąć kłopotów
2. ze strachu
3. milczenie dla tzw. świętego spokoju.
Milczenie często dużo mówi. Gdy śledzę życie Eliasza w Biblii, to można odnieść wrażenie, że to jakaś bajka. Od cudu do cudu i nawet normalnie nie umarł.
Eliasz nie był kimś specjalnym, ale jak nie, skoro takie rzeczy jego życiu towarzyszyły. On był tylko zwykłym człowiekiem, który służył nadzwyczajnemu Bogu. Dziś Eliasz miałby swój program TV Eliasz show. NIE!!!
Eliasz miał odwagę podkreślić różnicę i dał szansę wyboru. Eliasz z prorokami pogańskich bóstw „zagrał w otwarte karty”, a więc wprost z diabłem.
Lubimy opcje. Lubimy restauracje z atrakcyjnym menu i dodatkami jak sałatki lub inne produkty w opcji. Jeśli za każdy dodatek trzeba dopłacać, wybieramy inny lokal.
Lubimy kościoły z dużą ofertą do wyboru, bo inaczej czujemy się znudzeni. Niektóre zbory są jak supermarkety z ogromną gamą atrakcji oprócz nauczania biblijnego.
W tym miejscu mamy tylko dwie opcje: tak lub nie. Dla dzisiejszych tendencji liberalnych oferta zbyt skromna. Mojej duchowości bliższy jest fundamentalizm niż liberalizm, ale lansowana wolność dzieci Bożych często przekracza Boże granice.
Jaka jest twoja opinia?
Jako kaznodzieja, muszę być konkretny w wielu sprawach. To jest moje zadanie, by mieć opinie i upewnić się, że te opinie są oparte na Biblii nie tylko na moich osobistych przekonaniach! Jestem bardzo stanowczy w moich opiniach i dobrze z tego znany. Mieć opinie nie oznacza, że są one właściwe lub niewłaściwe. Często one są konieczne. Jeśli masz pasję dla czegoś, znaczy, że będziesz musiał mieć opinię, która jest niepodważalna. Upewnij się tylko czy twoja opinia oparta jest na faktach, czy domysłach, prawdzie czy kłamstwie, Bożym Słowie czy „tak mi się wydaje”.
Eliasz stanął przed ludźmi i powiedział: jak długo będziecie tkwić między dwiema opiniami?

„Jak długo będziecie kuleć na dwie strony? Jeżeli Pan jest Bogiem, idźcie za nim, a jeżeli baal, idźcie za nim!”

Myślę, że mieliście takie sytuacje: zadajesz pytanie, albo składasz oświadczenie, a ktoś stoi z błędnym wzrokiem jakby to, co powiedziałeś, spowodowało przeciążenie mózgu?
Są ludzie, którzy są podrzucani w życiu jak szmaciana lalka, są stale w zamieszaniu, nie mają swojej tożsamości. Ich wiara oparta jest na cudzych nogach.
Ani zimny, ani gorący – lurowaci.

Lubicie taką kawę, herbatę? Kiedy znajdziesz kogoś, kto jest cięgle niezadowolony: za nudno, nie duchowo, nie ma energii dla pracy w zborze, ale ma energię, by angażować się w jakieś dziwne rzeczy. Bądź pewny, że znalazłeś lurowatego chrześcijanina.
Jeśli ktoś pozostaje między dwiema opiniami, to musi zdecydować Bóg i Jego Słowo czy rzeczy świata? Nie możesz mieć obu rzeczy naraz. To jest lurowate. Musisz podjąć decyzję. Co jest najważniejsze?

„Nie spędzaj czasu poza ogrodzeniem! Nie bądź na ziemi niczyjej, bo to jest miejsce między akceptacją i odrzuceniem”.

Eliasz powiada: nie ma żadnej strefy środkowej. Herod myślał, że mógłby pozostać w strefie środkowej. Bał się Jana Chrzciciela, wiedząc, że to święty człowiek, ale nigdy nie żałował życia w grzechu. Został zmuszony, by zrobić straszliwy wybór. Żałował, że nie mógł mieć dwu rzeczy równocześnie.
Eliasz przyszedł na Karmel i tamtego dnia strefa środkowa zniknęła. Kiedy Jan Chrzciciel wzywał ludzi do pokuty i chrztu, strefa środkowa zniknęła. Kiedy Jezus przyszedł na ziemię i powiedział, że musisz być albo gorący, albo zimny strefa środkowa zniknęła.
Eliasz zrobił przygotowanie dla ognia, dla przebudzenia. Ci, którzy myślą, że ożywienie jest obowiązkiem Boga, że wystarczy czekać na ogień, są w błędzie. Jeśli jednak przebudzenie nie przychodzi, podkładają sztuczny ogień lub fajerwerki.
Eliasz znał Boga, żył w Jego obecności. Nie naprawiał ołtarza baala, ale zaczął od podstaw. Gdzie nie ma żadnego ołtarza, nie ma żadnego ognia. Przygotowanie nie jest opcjonalne, jest konieczne. Nasze rowy wokół ołtarza są płytkie, nasze uczenie i pogłębianie pobieżne. Bardziej zainteresowani jesteśmy błogosławieństwami niż zmianą w życiu. Eliasz zrobił coś niemożliwego. Jeśli chcesz spalić ofiarę, nie polewasz jej wodą.
Jeśli ożywienie jest z ciała, jakiekolwiek ruchy nie są niczym więcej niż ludzki emocjonalizm. Eliasz nie miał obaw, że woda zatrzyma działanie Boga.
Iluż ludzi dziś wierzy w ożywienie, ale boją się, że człowiek może temu przeszkodzić, zgasić ducha, co to za duch? Wierzą w karłowatego bożka baala.
Dlatego ludzie podkładają sztuczny ogień, by się paliło, by przyszło przebudzenie? Wymyślony ogień mógłby zwęglić kawałki byka leżącego na ołtarzu. Ogień Boga spalił ofiarę i drewno, kamienie a woda wyparowała.
Góra Karmel i sztuczny ogień nie przekonały, a właściwie brak ognia. Ludzie zobaczyli, co jest prawdziwe a co na pokaz.
Kiedy ta konfrontacja zaczynała się, ludzie milczeli, zadając sobie pytanie, to, gdzie jest Bóg? Czy żyje Bóg Izraela?
Jednym z bardzo poważnych problemów dzisiejszych czasów jest to, że wielu ludzi jest sfrustrowanych. Pytają, gdzie jest Bóg? I zawsze znajdą winnych tylko nie siebie.
Prorocy Baala zrobili wszystko, by zstąpił ogień, ale drewno nie przynosi ognia, ożywienia.
W tej modlitwie proroków baala oglądamy bożka dżina w magicznej lampie. Oni sądzą, że jeśli będą pocierać ich lampę wystarczająco mocno, długo i często, to mogą zmusić boga do wykonania ich woli. Eliasz miał słowo dla tych, którzy „zatrzymali się między dwoma opiniami”. Bóg czy baal?
Eliasz ma słowo dla chrześcijan dzisiaj: „Jak długo zatrzymujecie się między dwoma opiniami?”
Możemy myśleć; zbyt mocno mokre jest drewno, myślimy, że ogień zapali się na naszych warunkach. Biblia uczy nas, że nie ma rzeczy niemożliwych dla Boga na Jego warunkach, a nie dlatego, że podłożyliśmy sztuczny ogień.
„Jan odpowiedział wszystkim, mówiąc: Ja chrzczę was wodą, lecz przychodzi mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów jego; On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem” (Łk 3,16).

Przebudzenie zaczyna się w oczekiwaniu.

Gdyby ogień nie zstąpił, Eliasz zginąłby na miejscu, a Izrael byłby pogański. Szansa była 1 do 850, czyli brak szans.
Eliasz znał kilka ważnych elementów:
Eliasz nigdy nie ściągnąłby deszczu, ognia, gdyby nie proklamował, że Bóg jest Panem.

Odpowiedź tkwi w zachęcie: „bądźcie świętymi” o takim życiu uczy Biblia. Nie bądźmy jak dziecko, które na 10 dni przed świętami Pamiątki Narodzenia stara się być dobre, bo inaczej nie otrzyma prezentu, ale wie, że potem jest 26 grudnia, a prezent już otrzymał, wiec może robić, co chce. Nie próbujmy być duchowi, bo coś chcemy od Boga, ale my chcemy być w porządku cały czas.

Bóg nie jest zainteresowany frazesami.

Pytanie, jak osiągamy cel? Jak zostać Eliaszem? Czy jest jakaś formułka, jakieś szczególne słowa, szczęśliwa liczba? NIE MA. Chrześcijaństwo to nie czary.

W czym tkwił sekret Eliasza? On ufał Bogu i nie przestawał, aż zobaczył skutki. Modlił się, modlił, mimo że jego sługa nie widział rezultatów.

Nie zniechęcaj się i nie obliczaj, że już 500 razy modliłeś się o to samo, a może tylko raz – co?

Nie znam odpowiedzi, dlaczego Bóg tak postępuje, dlaczego nie odpowiada za pierwszym razem? Może nigdy się nie dowiem dlaczego? Kiedy czytam Biblię, widzę ludzi, którzy byli wytrwali i odnosili zwycięstwo w Bogu.

Eliasz był na górze, by pokazać nie siebie, ale Boga, jakiego mamy. Wszystko, czego potrzebujemy, to staromodnego działania Ducha Św. Nie patrz na wielkość manifestacji Ducha, ale na skuteczność.

Nie ma żadnej strefy środkowej.
Miej właściwą modlitwę.
Bądźcie świętymi zawsze.
Nasz Bóg jest Panem, a nie marionetką.

maj 2016

Komplementy

„Powinniśmy zawsze dziękować Bogu za was, bracia. Jest to rzecz słuszna. Wiara wasza bowiem bardzo wzrasta, a wzajemna dobroć wasza pomnaża się w was wszystkich” (2 Tes 1,3).

Ap. Paweł przedstawia wierzących, którzy wzrastali i byli godni jego komplementów. Paweł mówi: „Niesamowite jak urośliście, zarówno w wierze w Chrystusa, jak i we wzajemnej miłości. Gdziekolwiek się pojawiam, wszystkim opowiadam o waszym wzroście duchowym. Dziękuje za was Bogu!”

Najwyraźniej chrześcijanie w Tesalonikach nie próbowali tylko utrzymać się na powierzchni życia duchowego, ale byli w ciągłym ruchu, uczyli się nowych rzeczy, wzrastali i było to widać. Wynika z tych pozdrowień, że mówiło się o nich w kościele w Azji. Zwiastowanie, jakie słyszeli, prowokowało ich do wiary w Chrystusa, do odrzucenia wszelkich niegodnych chrześcijanina zachowań. Duch Święty przełamywał w nich wszelkie bariery, uczyli się jak akceptować się wzajemnie.

W tamtym czasie jak wiemy ci chrześcijanie byli prześladowani, doświadczani różnymi zawirowaniami doktrynalnymi, a jednak nie przeszkodziło to innym widzieć w nich przykład godny naśladowania. Może składano wizyty w ich nadzwyczajnym kościele. Ludzie, którzy odwiedzali ich zbór, widzieli, jak zgromadzenie wierzących rośnie w łasce i poznaniu Boga.

Wierzący powinni „budować się nawzajem w Chrystusie”, wszyscy potrzebujemy siebie wzajemnie. Potrzebujemy zachęty wobec wielu zagrożeń dla duchowego wzrostu.

„Dlatego zachęcajcie się wzajemnie i budujcie jedni drugich, jak to zresztą czynicie”  (BT)

Jedną z cech ap. Pawła była jego troska o Ciało Chrystusowe. Tę troskę starał się „zaszczepić” innym, „zarazić” nią Ciało Chrystusowe. Dlatego ap. Paweł zachęcał, aby każdy chrześcijanin był aktywny, aby każdy był zaangażowany w proces rozwoju Ciała Chrystusa.

Ap. Paweł pochwalił zbór w Tesalonice za miłość i troskę okazywaną jedni drugim. Oni nauczyli się, jak ważną rzeczą jest wzajemne zachęcanie, napominanie i pocieszanie. Podbudowujcie jedni drugich, przypominajcie jedni drugim Boże obietnice, zachęcajcie jedni drugich tym, że wszyscy wierzący ludzie będą spędzali wieczność z Chrystusem.

Chrześcijanie Nowego Testamentu zbierali się po to, aby Ciało Chrystusowe, które tworzyli, mogło funkcjonować przez wzajemne dodawanie sobie otuchy. Ap. Paweł daje nam polecenie: „znoście jedni drugich w miłości”.

To jest chrześcijaństwo w akcji.

Kościół Jezusa Chrystusa trwający, którego żadne bramy nie przemogą. Słyszy się, że „bardzo wzrastamy w Panu”. Miłość Chrystusowa jest wyraźnie odczuwalna.

– Przed rozpoczęciem nabożeństwa ludzie modlą się, oczekując na Boże prowadzenie.

– Wszyscy okazują sobie wzajemnie szacunek i miłość.

– Jedni drugich zachęcają do uwielbiania, a ludziom z grupy uwielbiającej mówią: „śpiewaliście z prawdziwym namaszczeniem. Dziękuję Bogu za wasz dar i za was”.

– Grupy modlitewne otaczają troską ludzi, którzy przeżywają doświadczenia, nie pozostają sami w swojej rozpaczy.

Tak, rozmarzyłem się w wizji zboru, ale nie jest to wizja nierealna.

Wytrwałość w wierze, studiujący Słowo Boże chrześcijanie, modlący się i chwalący Boga, biegnący na nabożeństwo, by nie uronić nic z chwały, którą zstępuje na zgromadzenie ludzi wierzących. Jeśli karmisz się Bożym Słowem, będziesz doświadczać stałego wzrostu duchowego.

Namaszczone głoszenie czystego Słowa Bożego zawsze jest przyczyną wzrostu. Apostoł Paweł mówi, że wszyscy, którzy pragną niesfałszowanego mleka Słowa, będą wzrastać.

Ap. Paweł mówi, że Duch Św. odnawia nasze umysły, umartwiając nasze ciało i wydobywając świętość naszego wewnętrznego człowieka. Pracuje w naszych serach, aby pokonać gniew, zgorzknienie, rezygnację i wszelkiego rodzaju niedociągnięcia. Jednocześnie wlewa w nas uprzejmość, czułość i przebaczenie w stosunku do otaczających nas ludzi. Powoduje nasz wzrost w Chrystusie – ucząc nas, że cokolwiek mówimy albo robimy, powinno być godne naszego Pana!

„Niechże więc człowiek samego siebie doświadcza…” (1 Kor 11,28).

„Poddawajcie samych siebie próbie… doświadczajcie siebie” (2 Kor 13,5).

Apostoł mówi: testujcie siebie, sprawdzajcie, czy postępujecie zgodnie ze Słowem Bożym. Czy wzrastasz w swoim entuzjazmie dla Jezusa i jego kościoła?

Kochani brak wzrostu często nie jest spowodowany jakimś wielkim grzechem. Częściej jest to drobnostka, którą nigdy się nie zajęliśmy. Może nie traktowaliśmy jej poważnie, ale w rzeczywistości jest przeszkodą we wzroście duchowym.

Większość wierzących jest często nieświadoma postępów duchowych, które mają miejsce w ich życiu. Modlą się, czytają Biblię i szukają Pana, nie zauważają swojego wzrostu. Myślę, że Tesaloniczanie byli zdziwieni, słysząc, jak wysoko ocenia ich ap. Paweł. Myśleli: „Niby to ja tak bardzo wzrastam? Paweł chyba żartuje. Chyba nie wie jak daleko mi jeszcze do doskonałości?” Paweł to wiedział.

Bóg ocenia twój wzrost duchowy po tym, jak bardzo Go kochasz. Prawdziwy wzrost duchowy ma miejsce w Tobie, niezależnie od tego, czy go widzisz, czy nie!

Kiedyś odbyłem podróż naszym byłym transatlantykiem „Batorym”. Kiedy byliśmy na pełnym oceanie, nie było punktów odniesienia i wtedy trudno było stwierdzić czy płyniemy. Jednak dotarliśmy do portu.

Biblia mówi, że Bóg nie dołamie nadłamanej trzciny. Jeśli widzi choćby małą tlącą się iskierkę, nie zagasi jej. Przeciwnie roznieci ją, aż spowoduje, że ponownie narodzą się z niej płomienie!

Prawdziwa wiara nie ma nic wspólnego z wielkością lub ilością pracy, jaką zamierzasz wykonać. Związana jest z kierunkiem twojego życia.

Bóg nie jest zainteresowany twoją wielką wizją, ale tym, kim się stajesz.

Jedną rzeczą jest wierzyć, a całkiem inną poddać wszystko Bogu. Wzrastaniu będą towarzyszyć kryzysy, nie staniemy się wolni od nich po przeżyciu iluś „testów wiary”. One skończą się dopiero wtedy, gdy przyjdzie Jezus lub gdy odejdziemy do wieczności.

Wzrastania nie da się skopiować. Jest wiele miejsc, gdzie można nabyć kopie różnych towarów i jest wiele pomysłów, by kopiować nowotestamentową duchowość, ale to się nie da. Jedynym owocem tego rodzaju wysiłków jest martwa duchowość. Ponieważ niemożliwe jest, aby człowiek skopiował coś, co jest prawdziwie duchowe. Zrobić to może tylko Duch Święty. Czasem ludzie są przekonani, że jeżeli tylko będą w stanie zaimportować jakiś rodzaj duchowego przebudzenia do swojego zboru, to będzie wzrost. Szukają jakiegoś ruchu duchowego, który byłby dla nich kołem ratunkowym. W rezultacie otrzymują kopię bez prawdziwego namaszczenia.

Wytrwać, wytrzymać pomimo trudności; cierpliwie znosić się nie poddając. Mamy mieć nadzieję. Możesz doświadczyć zadowolenia w każdej sytuacji, ponieważ masz obietnicę Jezusa: „Ten, kto wytrwa do końca, będzie zbawiony”.

Zachętą Bożego Słowa jest – życie, którym można się zachwycić, jest możliwe. Poproś Ducha Świętego, abyś nie należał do zaparkowanych chrześcijan.

Mogę tylko podjąć się komplementowania Waszego życia, przypominając; idźmy razem, dalej i dalej w wierze będąc wytrwali.

„Bracia, powinniśmy nieustannie dziękować Bogu za was, gdyż jest to ze wszech miar słuszne. Wasza wiara bowiem staje się coraz silniejsza, a miłość jednych ku drugim obfituje tak bardzo”.

styczeń 2003

Podobny do nas

„Eliasz był człowiekiem podobnym do nas…” (Jak 5,17).

Jednym z bardzo poważnych problemów dzisiejszych czasów jest to, że wielu ludzi nie jest naprawdę szczęśliwych! Są samotni i smutni. Nie mogą poradzić sobie ze strachem. Depresje przetaczają się po nich jak walec. Tak jest i z wieloma chrześcijanami: śpiewają, uśmiechają się, uwielbiają, jak długo?

Ludzie wiary prowadzili normalne życie.

Jeśli diabeł bawi się twoimi uczuciami, manipuluje, wchodzi do twego życia i wychodzi, kiedy tylko chce, to znaczy, że Bóg stoi z boku. W czym więc tkwi problem?

„Eliasz był człowiekiem podobnym do nas”, ale niestety my nie jesteśmy podobni do niego – jesteśmy zbyt samowystarczalni. Eliasz był pełen pasji, nie wygłaszał „gładkich” kazań, jego słowa padały jak roztopiony metal na ciało.

„Jak długo będziecie kuleć na dwie strony? Jeżeli Pan jest Bogiem, idźcie za nim, a jeżeli Baal, idźcie za nim! Lecz lud nie odrzekł mu ani słowa” (1 Krl 18,21).

Głuche milczenie. Eliasz z prorokami pogańskich bóstw „zagrał w otwarte karty”, a więc wprost z diabłem.

Chrześcijańskie świadectwo to walka o moralność, godność ludzkiego życia, to protest przeciw panoszącemu się grzechowi.

Kiedy skończyła się konfrontacja z prorokami baala, Eliasza ogarnęła moc Pana. W tej mocy, jak maratończyk biegł przed wozem króla Achaba do bram miasta. Do tego momentu Eliasz był zainspirowany w duchu, nie bał się, był gorliwy dla Boga i nienawidził bałwochwalstwa, wstrząsnął mocami piekła! Co myślał, kiedy usiadł przed bramą miejską? Był człowiekiem, który dokonał rzeczy niezwykłych. Może oczekiwał, że Bóg dokończy niszczenia bałwochwalstwa w kraju! Może oczekiwał teraz śmierci krwawej Izebel, która nareszcie umiera ze strachu, a król abdykuje. Chyba pakuje już walizy i zamawia rydwan. Czekając poza miastem na Boży ruch, Eliasz czuł się bardzo ważny i może bardzo potrzebny.

„Gorliwie stawałem w obronie Pana, Boga Zastępów, gdyż synowie izraelscy porzucili przymierze z tobą, poburzyli twoje ołtarze, a twoich proroków wybili mieczem. Pozostałem tylko ja sam…” (1 Krl 19,10).

Jestem jedynym w Izraelu, który walczy dla Boga.

Bywają chwile, gdy duchowo czujemy się mocni, błogosławieni, skuteczni w działaniu i świadectwie. Ważne jest, aby tak było zawsze lub częściej niż nie.

„Achab opowiedział Izebel wszystko to, co uczynił Eliasz i jak kazał wybić mieczem wszystkich proroków Baala” (1 Krl 19,1).

Możemy wyobrazić sobie jak Izebel słucha opowieści męża i robi się coraz bardziej purpurowa – „krwawa Izebel”. Skończyły się żarty panie Eliasz, dobiorę się do ciebie. Nie ważne co może się stać – dopadnę cię.

„Wtedy Izebel wyprawiła gońca do Eliasza z takim poselstwem: To niechaj uczynią bogowie i niechaj to sprawią, że jutro o tym czasie uczynię z twoim życiem to samo, co stało się z życiem każdego z nich” (1 Krl 19,2).

Izebel przysięgła na bogów, którzy właśnie okazali się bezsilni. Eliasz nie musiał się niczego obawiać, ale Eliasz spanikował, wziął nogi za pas!

„Zląkł się więc i ruszył w drogę, aby ocalić swoje życie” (w 3).

W ciągu zaledwie kilku godzin przeszedł od świętej odwagi, pewności i władzy – do strachu, rozpaczy i zdezorientowania!

Kiedy stajesz twarzą w twarz z rozwścieczonym diabłem – a on chce cię dopaść, co robić? Jakub powiada:

„Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was” (Jak 4,7).

Co zrobił nasz zwycięski bohater, który był podobny do nas? Siedział na pustyni pod krzakiem jałowca, lamentując; „Mam już dosyć! Nie wytrzymam dłużej. Chcę umrzeć!”

Czy nie zdarzyło się komuś z nas powiedzieć: „Dosyć, Panie – chcę umrzeć”.

Jeremiasz doświadczył takiej samej sytuacji:

„Po cóż to wyszedłem z łona matki, aby doznać tylko znoju i udręki i swoje dni trawić w hańbie!” (Jer 20,18).

Wielu sprawiedliwych ludzi przechodzi przez okresy, kiedy uciekają przed diabłem, czując się pokonanymi. Może większość z nas już uciekała tak jak Eliasz? Być może siedzisz pod swoim „krzakiem jałowca” sfrustrowany. Mówisz w swoim sercu: „Panie, mam już dosyć. Zabierz mnie do domu!”

Jak odzyskać moc Pana?

Bóg jest z tobą. Zwyciężył Lew z pokolenia Judy. Bóg posłał anioła do Eliasza, możliwe, że z takim poselstwem: „Bądź z nim cierpliwy! On jest przestraszony, zmęczony, w depresji, lekko zbuntowany, nie przestrasz go, czuje się bezużyteczny. Myśli, że chce umrzeć, ale tak naprawdę chce żyć. Ja go kocham! Mam dla niego wiele pracy do wykonania w Moim królestwie”.

Dziś mamy Biblię, Słowo Boga, jest to lepsze niż jakikolwiek anioł! On mówi: „Idź do Mojego Słowa, bo w nim jest życie”.

Słuchaj głosu Pana!

Co tu robisz, Eliaszu? Dlaczego żyjesz w strachu i depresji? Wstań! Twoja praca dla mnie nie jest jeszcze wykonana. Jezus, powołując uczniów, powiedział, idźcie, a nie siedźcie.

Co Eliasza tak naprawdę bolało?

„Boże, pozwoliłeś diabłu zbliżyć się do mnie! Pozwoliłeś mu nękać mnie, zabrać mi moją radość, przestraszyć mnie. A ja nie zasłużyłem na takie traktowanie! Byłem święty, posłuszny, robiłem wszystko, co mi kazałeś. I po wszystkich moich modlitwach, kazaniach i posłuszeństwie, muszę jeszcze toczyć największą bitwę mojego życia! Już dość mam wszystkich lekcji, Panie! Nie chce się już więcej uczyć. Pozwól mi tylko odejść do domu, do chwały”.

W tym tkwi sedno, to jest cały problem: Jesteśmy zmęczeni uczeniem się Bożych dróg! Myślimy, „czy nigdy nie nadejdzie taka chwila, kiedy będę mógł usiąść i wiedzieć, że diabeł jest pokonany? Czy moje bitwy kiedykolwiek się skończą?”

Bóg chce nauczyć nas jak dać diabłu odpór. Musisz zrozumieć, dlaczego Bóg pozwolił. Są materiały ognioodporne, a chrześcijanin musi być „diablo-odpornym”. Bóg miał zamiar wysłać Eliasza z misją, która mogła wydawać się dziwna:

„Idź, udaj się w drogę powrotną … namaścisz Chazaela na króla nad Aramem … a Jehu … na króla nad Izraelem … Elizeusza zaś … na proroka na twoje miejsce” (1 Krl 19,15-16).

Eliasz otrzymał świeże namaszczenie. Sposobem diabła na nas jest strach. Bożym sposobem jest nadzieja, pewność, namaszczenie. On chce Cię użyć, a diabłu to się nie podoba. Musimy wiedzieć, gdzie chce nas mieć Bóg. Masz jak Henoch chodzić z Bogiem, jak Noe i Eliasz, kiedy wszystko się rozleci. Pełen pokoju, doświadczony uczeń, głoszący Jezusa ludziom, których świat się rozpadł. Bądź tam, gdzie Duch Święty ciebie pośle wzywając wystraszonych, zmartwionych i pełnych obaw ludzi.

Czy chodzisz z Panem? Po której jesteś stronie?

Jeśli chodzisz z Jezusem, rozmawiasz z Nim, słuchasz Go, wtedy diabeł będzie się też trzymać z daleka. Nie pozwalaj na zasianie lęku i strachu, nie panikuj, Jezus zwyciężył. Wspomnianych mężów Bożych nic nie mogło powstrzymać przed chodzeniem z Bogiem. Bóg ich pochłaniał. Wielu chrześcijan powinno stać się podobnymi do Jezusa.

Dlaczego tak nie jest? Ponieważ nie chodzą z Bogiem. Nie kochają Jezusa na tyle, by chcieć chodzić z Nim. Nie próbują przemodlić sytuacji – chcą ją przemyśleć. Nie opierają się na Słowie Bożym – opierają się na swoich „prawach”! Cała ich uwaga skupiona jest na sobie, ich potrzebach, ich pragnieniach.

Henoch nie miał Biblii, śpiewnika, współwyznawców, nauczycieli, ale znał Boga! Dlaczego dzisiaj jest to takie trudne? Eliasz nie odszedł, kuśtykając do Królestwa Bożego, ale odpłynął do swego Boga. Odszedł w blasku życia i chwały!

Każdy człowiek jest na tyle blisko Boga, jak bardzo chce. Jest na tyle święty i pełen Ducha, jak bardzo tego pragnie. Jezus powiedział:

„Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni” (Mt 5,6).

Jeśli masz pragnienie, to i masz zwycięskie życie.

sierpień 2001