Takie narodzenie

Takie narodzenie

Jeżeli świadectwo ludzkie przyjmujemy, to tym bardziej świadectwo Boże, które jest wiarogodniejsze; a to jest świadectwo Boga, że złożył świadectwo o swoim Synu.

A takie jest to świadectwo, że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego” (1 Jan 5,9,11).

Kiedy nadchodzi czas świąt pamiątki narodzenia Jezusa Chrystusa, sięgam do lektury tego zdarzenia, muszę zadać sobie kilka pytań – po co? Dla kogo? Kiedy? Jan swoją Ewangelię rozpoczyna słowami:

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. W Nim było życie…”

Takie są jej słowa końcowe: „abyście wierzyli, że Jezus jest Chrystusem, Synem Boga i abyście wierząc mieli żywot w imieniu Jego” (Jan 20,31).

Ewangelista Jan mówi: żywot objawiony, widzieliśmy, świadczymy, zwiastujemy.

Już tylko te słowa kierują moją uwagę na to, co jest i winno być centrum świątecznego nastroju, w który wkroczymy.

Myślę, że niektóre kobiety z ulgą powiedzą nareszcie święta chwila wytchnienia (tylko pozornie), mężczyźni – nareszcie można usiąść i pobiesiadować z wszystkimi możliwymi akcesoriami, dzieci nareszcie – prezenty.

Co jest naprawdę treścią tych świąt?

Myślę, że nie pomylę się w odpowiedzi, którą mógłbym usłyszeć: gwiazdka, choinka, jasełka, kolęda, szopka. Mówiąc o pamiątce narodzenia Jezusa, natychmiast włącza się w nas bardzo uproszczona wizja narodzin Jezusa. Biedny malutki „Jezusik”, biedna uboga stajenka, biedni ubodzy rodzice Maria i Józef, biedni pastuszkowie. To są jednak tylko moje brzydkie podejrzenia.

Naprawdę mamy bogatą tradycję i historię chrześcijaństwa. Czas narodzin Jezusa rozpamiętywany przez nas nie jest czasem kwilenia i pochlipywania, ale jest chwilą entuzjastycznego, radosnego zwiastowania o zbawieniu. Jan powiada; „żywot wieczny dał nam Bóg w Synu Jego”.

Co zatem ta tradycja mówi nam dziś?

Bóg zaoferował Swego Syna, bo nic cenniejszego zaoferować nie mógł, dał nam siebie.

BÓG Z NAMI – IMMANUEL – przypomina ewangelista Mateusz. Nie bezsilne dziecię, ale Bóg. Inkarnacja była metodą Boga, by zrealizować Boży plan zbawienia, który nie jest przypadkiem, a Jego bilans czasu jest doskonały.

Lecz gdy nadeszło wypełnienie czasu, zesłał Bóg Syna swego, który się narodził z niewiasty i podlegał zakonowi” (Gal 4,4).

Wspominamy tylko przez moment dziecię Jezus, ale nie możemy w tym miejscu się zatrzymać. Biblia mówi nie tylko o niemowlęciu. Ona mówi o wcieleniu Jezusa Syna Bożego.

W zwiastowaniu świątecznym przewija się wiele postaci, na które zwracamy uwagę, ale główną jest Jezus Chrystus.

Maria była młodą dziewczyną, której nie tylko zależało, by podobać się Bogu. Każda żydowska dziewczyna w owym czasie mogła sądzić i spodziewać się, że będzie matką Mesjasza. Każda, ale wydaje się, że nie Maria. Zaskoczenie, z jakim przyjmuje zwiastowanie Gabriela, świadczy, że wszystkie mogły się spodziewać tylko nie ona.

Bóg wybrał Marię do realizacji planu. Nie była ani świętsza, ani piękniejsza od innych, nie pretendowała do tytułu matki Jezusa. Wszystko, co dziś dodaje jej niezwykłości i ponad ludzkich cech jest tylko ludzkim dodatkiem na przestrzeni wieków. Maria z pokorą przyjęła zaskakującą i niezręczną dla niej sytuację. Sytuacja była niezwykle kłopotliwa, stawiała jej reputację pod pręgierzem ludzkich języków. Jednak zdecydowała się uwierzyć Bogu i jemu zaufać mimo tego, co powiedzą ludzie. To dlatego Bóg wybrał ją, bo ceniła sobie bardziej opinię Boga niż ludzką. Józef i Maria żyli nadal skromnie przed Bogiem. Józef pozostał w naszej świadomości skromnym i odpowiedzialnym, ale „ukradziono” mu żonę czyniąc obiektem kultu. Właściwie szybko zniknął ze sceny otoczonej nimbem świętości. Jednak, gdyby Józef nie okazał się człowiekiem posłusznym, historia zbawienia znalazłaby się w trudnej sytuacji.

Czas, w którym narodził się Jezus, był właściwym czasem. Jezus urodził się, by być nie tyle Królem, ile Zbawicielem.

Dziś zadaję sobie pytanie, jaki jest On we mnie, małą bezradną dzieciną czy Królem Królów i Panem Panów?

Co to słowo Jana znaczy naprawdę dla mnie: „żywot wieczny dał nam Bóg?” Co jest z chrześcijaństwem, że jest tylko pobożnością jakby daleką od realiów Biblii.

Spotkamy się, by świętować żywot wieczny, realną oczekującą nas rzeczywistość. Jest to kolejna możliwość do demonstracji naszej radości, naszego entuzjazmu.

W roku, od którego zaczęto liczyć nową erę, narodził się Jezus, a w Nim Bóg dał nam życie wieczne i tę radość chrześcijanie wszystkich wieków ogłaszają. Z większym lub mniejszym entuzjazmem, ale ogłaszają.

Gdy mówię jestem wierzącym, to tym ogłaszam, że wierzę w narodzenie Jezusa w Betlejem. Wierzę, że mam w Nim życie wieczne i idę do domu Ojca. Kiedy? Gdy On mnie powoła. Dlatego tak ważne było pytanie mędrców na ulicach Jerozolimy: gdzie jest nowo narodzony król żydowski?

Apostoł Jan powiada, że tylko życie z Jezusem jest prawdziwym życiem, to czyni je wartym życia na tej ziemi.

Jeśli Jezus nie jest życiem, to wszystko jest niemożliwe i nieosiągalne. To zabicie sumienia, wrażliwości, to skamieniałe serce, to zamknięty umysł dla Bożej prawdy. Dlatego życie ma tylko swój sens w Jezusie Chrystusie.

Dla wierzących pamiątka ma znaczenie, nie jest to tylko tradycja i wypełnianie roku kościelnego, ale jest to świadectwo o podstawach mojej wiary. Mój świąteczny nastrój wynika z faktu, że narodził się dla mnie Zbawiciel, mój Zbawiciel, mój Pan i Król. Bóg dał mnie żywot wieczny w Jezusie. Czy dziś świętujemy to samo?

Dzięki Bogu, że tak!!!

Kogel mogel

Kogel mogel

A pewni ludzie, którzy przybyli z Judei, nauczali braci: Jeśli nie zostaliście obrzezani według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni” (Dz 15,1).

Żyjemy w świecie, który jest pełen sporów, czy to w polityce, religii, sporcie, w domu, w pracy i nawet w kościele.

Zawsze wokół kościoła kręcą się pewni ludzie, którzy wiedzą lepiej niż dana społeczność. Mają wielką łatwość krytykowania, oceniania, autorytatywnego podkreślania, że racja jest po ich stronie. Często stoi za tym dowolna interpretacja Biblii na własny użytek dla przeforsowania własnego poglądu.

Niestety nękają nas takie interpretacje prowadzące na bezdroża nauki chrześcijańskiej. Nauka o nieutracalności zbawienia, nauczanie o pozytywnej łasce, wygładzania grzechu, niewłaściwych skutkach spożywania wieczerzy i jej uzdrowieńczym działaniu, o najlepszej strukturze kościoła domowego, o demonicznym zniewoleniu wszystkich i wszystkiego. Jednym słowem chrześcijański kogel-mogel, co nie dodaje nam powagi przed ludźmi szczerze szukającymi zbawienia. Przerzucanie się tymi poglądami w środowisku ewangelikalnym nie dodaje blasku, a wręcz spycha na krawędź sekciarstwa.

Powstał spór w pierwszym kościele. Legalizm zawsze wprowadza problemy. Pobłażliwość i łaskawość również.

Żyjemy w świecie, który oczekuje tolerancji stylów życia, tolerancji innych religii i tolerancji innych zwyczajów, seksualnych preferencji.

Pojawiły się nowe zwroty, które zastąpiły stare, by lepiej określić tę kulturę rozmaitości. Recepcjonista to „dyrektor pierwszego wrażenia”. Single i bezdzietne pary – to wdowcy, puści domatorzy. Złodziej to zarabiający inaczej, inwalida to zdrowy inaczej, żyjący niemoralnie to kochający inaczej.

Problem z tym nowym słownictwem polega na mieszaniu komunikacji, zrozumienia, zacieraniu śladów jakby powiedział kryminolog.

Kościół w Antiochii był w jego początkowej fazie i pojawił się problem definicji jednego słowa – zbawienie.

Pierwsza konkluzja w Jerozolimie brzmiała:

[…] nie należy czynić trudności tym spośród pogan, którzy nawracają się do Boga […]”.

Solidne stwierdzenie, ale… zależy, co podstawimy pod słowo trudności?

Trudności, by zabronić grzesznikom przychodzenia do kościoła czy trudności, bo mają zerwać z grzechem. Tu nie ma znaku równości.

Naleganie na wolność może prowadzić do odejścia od podstaw wiary. Pewne prawdy definiują nas jako chrześcijan i przyleganie do przyjętej doktrynalnej prawdy definiuje nas jako wierzących. Teoria bez praktyki czyni nas niewiarygodnymi.

Dyskusja w Jerozolimie nie dotyczyła stwierdzenia „róbta co chceta”, ale stwierdzeniu, że nowe zaproponowane przez Jezusa ma nieprzekraczalne zasady, chroniące przed rozminięciem się z Królestwem Bożym. Jedyna rzecz, która daje zewnętrzne świadectwo mojej wewnętrznej przemiany, to co robię i co mówię.

Albowiem Bóg nie patrzy na to, na co patrzy człowiek. Człowiek patrzy na to, co jest przed oczyma, ale Pan patrzy na serce” (1 Sam 16,7).

Bywa, że ludzie używają tego wiersza, by usprawiedliwić grzeszne zachowanie. Odkąd człowiek ocenia rzeczy z zewnątrz, to ma znaczenie, jak żyjemy!

Jeśli ktoś nie chce zaakceptować zaleceń Jezusa, przywołując słowo „legalizm”, to najczęściej przyczyną jest lubiany i zakamuflowany grzech. Dzisiejsza tolerancja w wykonaniu niektórych przekształca się w śmieszność. Drażliwe tematy, zachowania, lepiej nie obrażaj zwracając uwagę, pogłaskaj, przyklep.

Oszustwo powiada mam dla ciebie super ofertę, która tylko upiększa to co już znasz, ale tylko…

Kościół nie poczuł się wolny z powodu apostolskiego listu; ale powodu Jezusa.

Salomon wiedział, co jest grzechem i jedną ręką podpisywał się przeciw a drugą dopuszczał się odstępstwa.

Chrześcijaństwo nie jest małżeństwem z rozsądku.

Mamy etyczną odpowiedzialność za innych.

Przyjaźń ze światem mówi: „Mnie to nie osądza”.

Jak myślisz: kiedy uderzysz się młotkiem w palec, pierwsze co zrobisz, to wrzaśniesz. Jednak jak twoje struny głosowe mogą pomóc twojemu kciukowi? Wtedy zaczynasz bolesny taniec, będziesz tańczył wokoło albo dmuchał na palec. Dlaczego? Bo nasze ciało nie jest samotną wyspą. Jesteśmy połączeni z różnymi częściami ciała i wszystkie odczuwają ból, a nogi pierwsze się uruchamiają. Żaden człowiek nie jest wyspą, oddziałujemy na siebie i mamy moralną odpowiedzialność jeden wobec drugiego!

Chrześcijaństwo to nie jest rób co chcesz i kochaj Jezusa i głośno deklaruj. Nasze życie jest jedyną Biblią, którą jacyś ludzie kiedykolwiek przeczytają.

Mamy moralną odpowiedzialność wobec siebie i etyczną odpowiedzialność wobec innych.

Spotykanie Jezusa jest najlepszą rzeczą, która mogła kiedykolwiek przydarzyć się nam!

Jesteśmy daleko bezpieczniejsi z Bogiem niż kiedykolwiek bez Niego.

Chrześcijańskie życie charakteryzuje wolność, nie, frywolność. Jeśli chcemy być wiarygodni powiadając Chrystus mnie zbawił i zmienił.

Niech Bóg pomoże nam być godnymi reprezentantami Jezusa z szeroko otwartymi ramionami dla pokutującego grzesznika i trzeźwym osądem własnego życia.

Znak towarowy

Znak towarowy

Pozdrowienie moją ręką — Pawła. Jest to znak w każdym liście. Tak właśnie piszę” (2 Tes 3,17).

Patrzcie, jak wielkimi literami własnoręcznie do was napisałem” (Gal 6,11).

W sferze naszego duchowego życia są pewne rzeczy, które naprawdę mają znaczenie.

Pytanie brzmi: co jest naszym znakiem rozpoznawczym, naszym logo? Co motywuje nas każdego dnia do chrześcijańskiego życia?

Istnieją znaki towarowe chronione prawem patentowym. Z takim rozpoznawalnym znakiem Pawłowego apostolstwa spotykamy się w jego listach.

Gdy przebywałem wśród was, wyraźnie zaznaczyły się u mnie znamiona apostoła…” (2 Kor 12.12).

Paweł zamyka listy własnoręcznym pismem. Zwrócenie na to uwagi mogło sugerować – „to jest bardzo ważne, przeczytajcie”.

Co jest znakiem rozpoznawczym chrześcijanina?

Jezus powiada, że powinniśmy być rozpoznawalni.

Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli jedni drugich darzyć będziecie miłością” (Jan 13,35).

To zdumiewające stwierdzenie nie było zdecydowanie nowe, ale chodziło o jakość.

Jezus nie powiedział, że ludzie będą wiedzieć, że jesteśmy chrześcijanami po naszej doktrynie. Doktryna jest niezwykle ważna. Jednak ludzie, którzy nie znają teologii, nie mogą ocenić, czy jest ona poprawna, czy nie.

Jezus nie powiedział, że ludzie poznają, że jesteśmy chrześcijanami po wielkości naszych kościołów.

Jezus nie powiedział, że ludzie poznają, że jesteśmy chrześcijanami po jakości naszych programów, służby. Nie to jest tym, co wyróżnia chrześcijanina.

Lubimy pochwalić się znajomością z ludźmi, którzy przed nazwiskiem mają wiele przedrostków. Jest to jednak słaby znak rozpoznawczy. Nie mówi o charakterze człowieka.

Ludzie poznają, że jesteśmy chrześcijanami po naszej wzajemnej miłości.

Miłość, która jest widzialna i okazywana naszym braciom i siostrom w Chrystusie, wywiera niezatarte wrażenie.

Każda osoba ma pewne cechy, które czynią ją wyjątkową. Przypuszczam, że wszyscy mamy coś, co odróżnia nas od innych ludzi. Niewątpliwie wygląd zewnętrzny, nasz styl ubierania, ale przede wszystkim nasza osobowość. Każdy jest inny.

Niestety, są chrześcijanie, którzy decydują się na duchową operację plastyczną, aby nie wyróżniać się na tle świata. Chcą być tacy sami – pasować, więc krok po kroku usuwają swoje znaki rozpoznawcze.

Czy jesteśmy rozpoznawalni?

A widząc odwagę Piotra i Jana i wiedząc, że to ludzie nieuczeni i prości, dziwili się; poznali ich też, że byli z Jezusem” (Dz 4,13).

Ew. Łukasz w pisze, że znakiem rozpoznawczym wierzących wczesnego kościoła było:

Trwali oni w nauce apostołów, we wspólnocie, razem łamali chleb i nie ustawali w modlitwie. Każda osoba była przejęta lękiem przed Panem, ponieważ za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków”.

Innymi słowy, znakiem rozpoznawczym chrześcijanina jest ten, kto jest wierny Bogu z serca. Nie dlatego, że wyglądali dobrze w oczach ludzi, ale starali się podobać Bogu.

Biblia – ma być autorytetem w naszym życiu.

Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany” (2 Tym 3,16).

Prawda tego autorytetu. Nasze priorytety muszą być w zgodzie ze Słowem Bożym, a nie podążać za duchem czasu.

Wiara jest konsekwencją tego autorytetu. Wiara powinna być znakiem rozpoznawczym naszego życia.

Nasza wiara nie jest czymś, co robimy na pokaz w niedzielę. Oznacza to, że nasza wiara jest zharmonizowana z każdą dziedziną naszego życia.

Świętość – grzech nie jest normą naszej świętości, ale zdarzają się incydenty. Nie pozwalamy, aby wartości świata były naszymi wartościami, zwłaszcza błędne.

za przykładem świętego, który was powołał, sami też bądźcie świętymi we wszelkim postępowaniu waszym” (1 Ptr 1,15).

Czyją markę nosimy? Czyj znak w naszej postawie, sposobie życia, czy nosimy w sobie znamię Jezusa Chrystusa?

Chrześcijańskie życie wypala znak i piętno przynależności.

Samo noszenie nazwy „chrześcijanin” nie wystarczy.

Najbardziej wrażliwe kazanie, jakie człowiek kiedykolwiek usłyszy – którego nie słyszy.

Życie człowieka jest zawsze bardziej przekonujące niż jego mowa.

Jestem Biblią mojego sąsiada, czyta mnie, kiedy się spotykamy;

Dziś czyta mnie w moim domu jutro na ulicy.

Może to być krewny lub przyjaciel, lub powierzchowna znajomość; może nawet nie znać mojego imienia, a jednak on mnie czyta”.

Chrystus musi się stać sposobem życia.

Jaki znak towarowy nas wyróżnia?

Ciągle jest wybór. Świat stoi na rozdrożu. Jest droga krzyża lub droga świata. Droga ludzkiego usprawiedliwienia, czy droga Bożego miłosierdzia i łaski? Ludzka ścieżka na jakiś czas może być satysfakcjonująca i przyjemna. Może jednak pojawić się taki moment, kiedy wybrana droga okazuje się ślepą uliczką.

Żyjemy w „kościelnym świecie” skrajności. Wszystko zaczyna się od krzyża i wszystko kończy się krzyżem. Sam krzyż nie ma znaczenia, ale fakt, że Syn Boży umarł na nim, czyni go najważniejszym dla chrześcijanina. Krzyż jest punktem odniesienia w historii ludzkości. Ludzie są poruszeni, gdy stoją blisko krzyża. Stary szorstki krzyż nie jest biżuterią, meblem ani dziełem sztuki (chociaż może być).

Krzyż jest naszą deklaracją!

„Znak towarowy” Pawła był rozpaczą dla piekła.

Ap. Paweł był rozpoznawalnym znakiem Chrystusa.

KRÓTKOTRWAŁA PIĘĆDZIESIĄTNICA

KRÓTKOTRWAŁA PIĘĆDZIESIĄTNICA

A gdy nadszedł dzień Zielonych Świąt, byli wszyscy razem na jednym miejscu. I powstał nagle z nieba szum, jakby wiejącego gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im języki jakby z ognia, które się rozdzieliły i usiadły na każdym z nich. I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym” (Dz 2,1-4).

Kościół biblijny jest charyzmatycznym kościołem.

Takie stwierdzenie może nie podobać się tzw. rasowym zielonoświątkowcom.

Drugi rozdział Dziejów Apostolskich dostarcza nam pełnego obrazu wydarzenia, które wspominamy, a jest ono przypomnieniem narodzin Kościoła Jezusa Chrystusa na ziemi. Nie wspominamy przeżycia odnoszącego się do wąskiej grupy ludzi, czy jakiejś denominacji, ale mówimy o fakcie ważnym dla całego Kościoła.

Przypominanie Pięćdziesiątnicy jest przypominaniem jej celu:

weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi”.

Myślę, że zielonoświątkowcy zbyt często niewłaściwie rozkładają akcent tego przeżycia. Skoncentrowani jesteśmy na przeżyciu, doznaniu, językach, darach, ale głównym akcentem tego duchowego doświadczenia jest Bóg obecny w nas, z nami, dający nam życie, rozpalający nasze serca dla Niego.

Zadaniem i celem Ducha Św. jest budowanie naszego wewnętrznego życia duchowego, bo to ono pokazuje nas na zewnątrz. Wewnętrzne doświadczenie z Bogiem, napełnienie Duchem Świętym, buduje nasze emocje, naszą radość, nasze zachowanie, bo jesteśmy przez Ducha Św. poruszeni.

Zjawiskiem naszych czasów jest pragnienie dynamicznego duchowego poruszenia. Przeżycie zwane napełnieniem Duchem jest bardzo ważne i chrześcijanin powinien być świadomy potrzeby tego przeżycia, ale bez zbawienia nie ma ono znaczenia. Jest wtedy tylko jakimś przeżyciem. Jeśli w obecnych czasach nie doświadczysz obecności i wypełnienia Duchem Św., nie przetrwasz! Poddasz się duchowi Antychrysta! Dlatego ludzie znikają ze społeczności, bo we własnej mocy usiłują zmierzyć się z atakami grzechu. Mamy do czynienia nie z pojedynczymi przypadkami grzechu, ale epidemią.

Co przeciwstawisz obezwładniającemu naciskowi grzechu? Jedyną przeciwwagą jest święte, napełnione mocą Ducha Św. życie, nie jakieś życie, ale wypełnione Duchem Św.

Dlaczego mamy problemy, bo mamy slogany, hasełka. Diabła związujemy nad Polską i mamy życzeniowe konferencje, które nie przekładają się na wzrost zborów.

Miejmy hasło: „cały zbór oddany Jezusowi w namaszczeniu Ducha” i ludzi dających słowem i życiem świadectwo swemu krewnemu, sąsiadowi, znajomemu w pracy i na osiedlu. Daj sobie spokój z całą Polską, zajmij się człowiekiem obok. Dlatego potrzebujemy mocy Ducha Św. i Jego obdarowania.

Bóg jest miłością i kocha. Jest zbawicielem i ratuje. Jest lekarzem, to uzdrawia. Jeśli napełnia Duchem Św., to z darami, a nie tylko mówieniem o darach.

Myślisz, bo ja, bo zbór, bo oni, tu brakuje? Do jakiego zboru najwięcej o darach Ducha napisał ap. Paweł? Do korynckiego. Czy był to charyzmatyczny zbór, czy nie, biblijny czy nie? Jakościowo to byli wierzący z najwyższej półki, a jednak z problemami.

A proszę was, bracia, w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania” (1Kor 1,10).

Zbór, do którego Paweł chce przyjść z rózgą? Mają problemy natury moralnej. A jednak mówi im, jesteście Chrystusa, bo On jest naszą sprawiedliwością. Mówi im o napełnieniu i darach Ducha Św. Czy to jest jakieś pomieszanie z poplątaniem? NIE

Paweł, powołany z woli Bożej na apostoła Chrystusa Jezusa, i Sostenes, brat, zborowi Bożemu, który jest w Koryncie, poświęconym w Chrystusie Jezusie, powołanym świętym, wraz ze wszystkimi, którzy wzywają imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa na każdym miejscu…” (1Kor 1,1-2).

Oni nie byli ludźmi wyrażającymi intelektualną zgodę na chrześcijaństwo, ale zrodzonymi na nowo – „nowe stworzenie”. Potrzebowali napełnienia Ducha, a gdy zostali napełnieni „ZACZĘLI”. Kiedy przeżyjesz napełnienie, coś się zacznie w tobie, zaczniesz świadczyć, zaczniesz być „duchowym wiercipiętą”. Oni nie rozglądali się nerwowo, co sąsiad o nich pomyśli, czy sąsiad pyta się ciebie i liczy się z tobą, gdy chce grzeszyć?

Niektórym Pięćdziesiątnica się kończy zbyt wcześnie.

Świadectwo Pięćdziesiątnicy nie kończy się na wersetach o mówieniu w obcych językach, ale zwykle wielu tu się zatrzymuje.

Zakończenie świadectwa o zesłaniu Ducha Św. brzmi tak:

I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. A dusze wszystkich ogarnięte były bojaźnią, albowiem za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków”. (Dz 2,42-43).

Zbyt szybko kończy się niektórym Pięćdziesiątnica. Pierwsza część historii jest emocjonująca. Szum potężnego wiatru, języki ognia, ludzie słyszący własny język od zwykłych Galilejczyków. Obietnica Ducha Św. wylała się na młodych i starych, niewolników i wolnych, kobiety i mężczyzn. Tak, to było napełnienie Duchem Św. Pięćdziesiątnica byłaby historią, gdyby nie to, co stało się później – ZACZĘLI.

Gdyby nie wynalazek silnika spalinowego, nikt by dziś nie ekscytował się wyścigami samochodowymi, a mężczyźni nie mieliby co polerować w garażach. Bez iskry zapłonu nie ma żadnego ruchu. Bez spalania, nie ma żadnego wyścigu.

W Jerozolimie był święty czas i gotowi ludzie, i pojawiła się iskra, języki ognia, i kościół wystartował. Niewolnik i arystokrata, żebrak i żołnierz modlili się razem, wielbili w Duchu Św. Boga. Odwrócone zostały skutki wieży Babel.

Bez zapłonu Ducha Św. nie ma kościoła biblijnego.

Może czasem czujemy się wypaleni duchowo, zmęczeni, sfrustrowani?

Dlatego opadłe ręce i omdlałe kolana znowu wyprostujcie” (Hbr 12,12).

Módl się, by Duch Święty przywrócił ci twój ogień, by odnowił twoją wiarę, gorliwość, pasję i by pociągnął cię bliżej do Jego serca. Nie żyjmy od pamiątki do pamiątki.

Zbór ma być zielonoświątkowy przez Ciebie. Jezus Cię zbawił, On napełnia i będziesz Jego charyzmatycznym dzieckiem poruszającym się w darach Ducha Św.

Pozytywny kontrast

Pozytywny kontrast

Pozytywny kontrast

„I oto tego samego dnia dwaj z nich szli do miasteczka zwanego Emaus, które było oddalone o sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. I rozmawiali z sobą o tych wszystkich wydarzeniach. A gdy tak rozmawiali i nawzajem się pytali, sam Jezus, przybliżywszy się, szedł z nimi. Lecz oczy ich były zasłonięte, tak że go poznać nie mogli. I rzekł do nich: Cóż to za rozmowy, idąc, prowadzicie z sobą? I przystanęli przygnębieni” (Łk 24,13-17).
„A gdy zasiadł z nimi przy stole, wziąwszy chleb, pobłogosławił i rozłamawszy, podawał im. Wtedy otworzyły się ich oczy i poznali go. Lecz On znikł sprzed ich oczu. I rzekli do siebie: Czyż serce nasze nie pałało w nas, gdy mówił do nas w drodze i Pisma przed nami otwierał?” (Łk 24,30-31).

Zakończenie Ewangelii Łukasza zawiera wiele kontrastów. Zwróciły moją uwagę takie sformułowania, które mówią o przygnębieniu, zaskoczeniu, zakłopotaniu, zdziwieniu. Nastrój żałoby zdominował zakończenie historii Jezusa. Uczniowie, kobiety, zwolennicy Jezusa doznali szoku, widząc Go ukrzyżowanego, to był dla nich autentyczny koniec.

Mowa o ukrzyżowaniu ciągle wydaje się budzić zdziwienie. Czy jest jakiś sens w ciągłym przypominaniu tego zdarzenia? Odwoływaniu się do egzekucji, której już się nie praktykuje. Czy wracamy do tego zdarzenia, by wzbudzić litość, rozrzewnienie? Może to sposób na trzymanie ludzi w ryzach religijności. Może w tym coś jest, czego nie uświadamiamy sobie?

Kobiety, Piotr, dwaj uczniowie w drodze do Emaus, nie mogli nie rozmawiać o tym. Oni byli przygnębieni, zakłopotani, zadziwieni. Uczniowie w drodze do Emaus nawet nie potrafili zmienić tematu rozmowy, gdy dołączył do nich jakiś pielgrzym zdążający w tę samą stronę. Wydarzenie to zdominowało wszystkie rozmowy, miało wpływ na życiowe decyzje. Jeśli był to koniec, to trzeba było poczynić nowe plany. Oto historia, która przygnębiła i taka byłaby pointa życia Jezusa na ziemi, gdyby nie dotyczyła zbawienia, a tylko zwykłej śmierci, nawet jeśli niesprawiedliwie zadanej.

Gdyby Jezus miał się nagle ukazać koło ciebie i iść z tobą, to o czym rozmawialibyśmy z Nim? Czy chcielibyśmy zadać Mu jakieś pytania? Czy powiedzielibyśmy o wszystkim, co przeżywamy? Oczywiście, że tak!

Ewangelista Łukasz pokazuje, że nie tylko ukrzyżowanie, ale i zmartwychwstanie wprawiało w zakłopotanie.

„A pierwszego dnia tygodnia, wczesnym rankiem, przyszły do grobu, niosąc wonności, które przygotowały. I zastały kamień odwalony od grobowca. A wszedłszy do środka, nie znalazły ciała Pana Jezusa” (Łk 24,1).
„Piotr zaś, wstawszy, pobiegł do grobu i nachyliwszy się, ujrzał jedynie leżące prześcieradła, i odszedł do siebie, dziwiąc się temu, co się stało” (Łk 24,12).

Dziękuję Bogu, że ewangelia nie kończy się na cmentarzu. Nad przygnębieniem zatryumfowało życie i nadzieja. Taki jest dla mnie sens zmartwychwstania.

„Wtedy otworzyły się ich oczy i poznali go”.

Jeśli trochę pojawiło się przygnębienia w teście naszego życia, to niech radość z obecności Jezusa w naszym życiu zawróci nas z drogi do Emaus. Drogi własnych decyzji, powrotu do starych rzeczy, a wróćmy do „Jerozolimy”. Miejsca chwały dla Boga, uświęcenia, przebaczenia.

„A oni wrócili do Jerozolimy z wielką radością”.

Bywa, że test życia skłania nas do decyzji – wrócę do „Emaus”, tam będzie łatwiej żyć. „Emaus” nie jest naszym miejscem. Posłuchajcie rozmów nastolatków na ulicy – usłyszycie najbardziej wulgarny i najbardziej brudny język na ziemi! To pochodzi prosto z piekła – a nasze dzieci zostały w tym „ochrzczone” poprzez muzykę, filmy i telewizję!

Wielu chrześcijan potrafi siedzieć w kościele i przeżywać wielkie emocje, wołać do Boga i płakać, a potem wyjść z kościoła i zapomnieć o Bogu. Nie świecki styl życia przyniesie nam moc do życia z Bogiem. Nie w Emaus uczniowie mieli doświadczyć mocy Ducha Św., ale w Jerozolimie, tu mieli czekać i doświadczyć zmiany przygnębienia w radość. Jednak nawet w Jerozolimie nie byli wolni od wątpliwości czy na pewno jest to realne, co się dzieje. Czy wiara w Boga, Jezusa Chrystusa i Ducha Św. nie jest mistyfikacją? Czy szkiełko i oko mędrca nie są bardziej realne od nadziei i wiary? Czemu też w nas budzą się wątpliwości?

Wspominając śmierć Jezusa, a zarazem zmartwychwstanie, nie musimy pozostawać w nastroju przygnębienia z powodu ludzkiej niesprawiedliwości. Może ktoś nas zranił, potraktował źle, zignorował, złamał wszystkie życiowe plany, ale one nie mogą, nie powinny, przysłonić radości z powodu Bożego usprawiedliwienia, tryumfu życia i to życia wiecznego, jakie w Nim mamy.

Dramat Golgoty ma swe niezwykłe rozstrzygnięcie – Zmartwychwstanie.
Nie jesteśmy tu na ziemi na długo. Przyjdzie dzień, że wszystko zostawimy za sobą! Mamy jednak miejsce przygotowane w chwale.

Wspominanie zmartwychwstania jest zachętą, by być ludźmi chwalącymi Boga.
       „Zawsze byli w świątyni, chwaląc Boga”.